French flag English spanish flag

Moje lata z Kredytem Społecznym cz. 3

w dniu czwartek, 01 styczeń 2015.

Wywiad z Henri-Louis Blais, Pielgrzymem św. Michała od 1947 r.

Janusz A. Lewicki: Gdzie to wszystko się działo, w jakim miejscu?

Henri-Louis Blais: W Hartford, w stanie Connecticut. Znowu wpłaciłem depozyt, ale nadszedł wrzesień. Wróciłem do domu, do Kanady. Moja żona była gotowa. Wszystko było spakowane. Musieliśmy wynająć ciężarówkę i wyjechać. Miałem wszystkie papiery i paszporty moich dzieci, żony i swoje. W Kanadzie, w święto pracy ludzie nie pracują. Znalazłem człowieka w Lac-Mégantic, który powiedział, że nas przeprowadzi i że nie musimy się martwić. Pracował w firmie, która się tym zajmowała. Przeprowadzka do Stanów miała kosztować 200 dolarów. Było to 5 września i tego samego dnia odbywał się Kongres Pielgrzymów św. Michała w Rougemont. Miałem bardzo dobry samochód, cadillaca, który należał do mojego przyjaciela. On bał się prowadzić w Stanach, ale pojechał ze mną. Wsadziliśmy całą moją rodzinę do cadillaca, a ciężarówka wiozła nasze meble.

Na granicy poszedłem do biura. Tam urzędnik wpisał wartość rzeczy w ciężarówce – 500 dolarów. I przejechaliśmy. Na miejscu byliśmy o północy.

Dom nie był jeszcze zakupiony. Wpłaciłem tylko ten depozyt. Zadzwoniłem do swojego agenta i powiedziałem, że już jestem w Stanach z całą swoją rodziną i meblami, i jeśli nie otworzy mi on drzwi do domu, będziemy spali na chodniku. Słyszałem jego żonę mówiącą, żeby nie dawał nam kluczy do domu, bo straci swoją licencję. Poza tym, oboje szli właśnie spać. Ale on powiedział: Henry, jesteś dobrym człowiekiem. Przywiozę ci klucze. Musiał przejechać dwie mile.

Dom nie był mój i nie podpisałem jeszcze kontraktu. To było coś. Przywiózł te klucze. Była północ. Pokropiłem święconą wodą telefon, kiedy tam weszliśmy. Wnieśliśmy meble, położyłem materace na podłodze i poszliśmy spać.

Następnego dnia sąsiad zobaczył mnie i siedmioro dzieci. Dużą rodzinę. Nie widział, kiedy się wprowadzaliśmy. Właściciele dowiedzieli się o tym, ale agent powiedział im, że nie chciał, żebyśmy spali na ulicy i że ja kupię ten dom. Kiedy poszedłem do banku, okazało się, że nie spełniam warunków i nie dostanę pożyczki. Wtedy mój agent powiedział, że znajdzie mi inny dom, na który będzie mnie stać. I znalazł.

Nie miałem wyjścia. Następnego dnia poszedłem z nim do banku. Przedstawiłem swoje rekomendacje z Kanady i za dwa dni otrzymałem list, że mogę kupić ten dom. Bank udzieli mi pożyczki. 6 października wprowadziłem się do domu, w którym mieszkam do dziś. [czyli 48 lat]

A więc mieszka Pan przez cały czas w tym samym domu?

Tak. Pożyczkę z banku spłaciłem po 30 latach, a więc od 18 lat płacę już tylko podatek od nieruchomości. [podatek katastralny] Po przeprowadzce do Stanów urodziły się nam jeszcze dwie dziewczynki. Mamy więc w sumie dziewiątkę dzieci. Kiedy przeprowadzałem się do Stanów, miałem tylko jedną córkę.

Mój dom to duplex (dwa osobne mieszkania na dwóch kondygnacjach). Wybudowałem na strychu duży pokój i tam spało czterech moich chłopaków. A na piętrze w dwóch pokojach dziewczynki, a w trzecim dwóch synów. Czas płynął, a ja pracowałem.

1972 r. był najlepszym rokiem w moim życiu. Nie miałem niczego, nie miałem pieniędzy, nie mogłem zapłacić moich rachunków. Dbałem tylko, żeby nie zabrakło jedzenia na stole. Prezydent Nixon rozszerzył wtedy program kartek żywnościowych – food stamps. [Pierwszy program food stamps wprowadzono w 1939 r.; obecnie obejmuje on ponad 47 milionów Amerykanów]

Czym były te food stamps?

Mogłem za nie kupić tylko żywność. Dały mi one cztery razy więcej niż zasiłki w Kanadzie. Co dwa tygodnie szedłem do banku i otrzymywałem 250 dolarów w postaci kartek żywnościowych. To wystarczało mi na zakup żywności dla całej rodziny. Te pieniądze, które zarabiałem w pracy zostawały mi w kieszeni. Mogłem za nie zapłacić moje rachunki. Food stamps był to dla mnie rodzaj dywidendy.

Pan ciągle pracował?

Oczywiście, ale to, co zarabiałem, wydawałem na rachunki i na inne potrzebne dla dzieci i rodziny rzeczy. Byłem dlatego bardzo zadowolony. Otrzymywałem te kartki żywnościowe przez wszystkie lata aż do 2008 r., dopóki dzieci nie odeszły z domu.

Kto mógł otrzymywać takie kartki żywnościowe w Stanach?

Każda rodzina z dziećmi o niskim dochodzie i bez dochodów. Kiedy mieszkałem w Kanadzie otrzymywałem zasiłek raz w miesiącu w wysokości 52 dolarów. Kiedy idę do sklepu w Stanach, zawsze widzę kogoś, kto płaci tymi kartkami żywnościowymi.

To był rok 1972.

Dobry Pan Bóg opiekuje się wszystkim. Dziewięć lat temu miałem atak serca. Zanim poszedłem do szpitala, byłem w kościele. Poczułem lekki ból serca. Potem poczułem ból lewego ramienia. Miałem brata, który zmarł na atak serca i miał takie same objawy. Wiedziałem, że u mnie zaczyna się to samo. Skończyłem odmawiać Różaniec w kościele, gdzie prowadzę go z kilkoma paniami. Wsiadłem w samochód i pojechałem do domu. Powiedziałem żonie, że jadę do szpitala. Zapytała, po co? Odpowiedziałem, że powiem jej po powrocie. Pojechałem do szpitala, zaparkowałem samochód i poszedłem na pogotowie.

Powiedziałem mężczyźnie siedzącemu w recepcji, że muszę zostać przyjęty jako pierwszy, bo właśnie mam zawał serca. Zaraz położono mnie na łóżko, przyszedł lekarz i natychmiast zabrano mnie na salę operacyjną. Wywiercono mi dziurę i wprowadzono dwie rurki. Miałem zablokowane naczynia krwionośne. Potem zawieziono mnie na intensywną terapię. Następnego dnia przyszła cała moja rodzina. Myśleli, że umrę. Byłem trzy dni w szpitalu.

Od tego czasu chodzę co pół roku do mojej pani kardiolog. Byłem u niej tydzień temu. Zapytałem, czy zobaczy mnie za pół roku. Powiedziała, że tych półroczy jeszcze będzie dużo. Do 105 lat. Teraz czuję się dobrze.

Czy Pan przyjeżdża na każdy kongres Pielgrzymów św. Michała?

Tak. Zawsze się modlę, żebym mógł przyjechać na kolejny kongres. Nie byłem tylko na dwóch od 1986 r. Przed 1962 r. kongresy odbywały się w różnych miastach prowincji Quebec. I ja tam wszędzie jeździłem. Zawsze też odwiedzałem panią Gilberte Côté-Mercier i rozmawiałem z nią każdego roku, kiedy tu przyjeżdżałem. Pytała o moją żonę i rodzinę. Rozmawialiśmy dwadzieścia minut, pół godziny.

Po tylu latach przekonałem moją żonę, która jest cały czas przeciwna Kredytowi Społecznemu, żebym mógł zostać w Rougemont przez jedenaście dni. To całkiem niezłe osiągnięcie.

Nadal Pan zbiera prenumeraty w Hartford?

Tak. Mam listę prenumeratorów z Hartford i chodzę zawsze odnawiać je w soboty. Ostatnio mam ponad czterysta adresów. Przychodzę do ludzi i wielu z nich zna mnie od długiego czasu, niektórzy od ponad czterdziestu lat. Modlimy się razem, odmawiamy Różaniec. Czasem chodzę od drzwi do drzwi, gdzie ludzie nie znają mnie w ogóle. I oczywiście udaje mi się znaleźć kogoś nowego.

Dziękuję Panu bardzo za rozmowę i te wspomnienia, i życzę Panu dużo sił i tego, żeby dożył Pan co najmniej do tych 105 lat. Niech Pana błogosławi Pan Jezus i Matka Boża.

Wywiad przeprowadził red. Janusz A. Lewicki

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com