French flag English spanish flag

Dziennik patriotów katolickich
dla reformy monetarnej Kredytu Społecznego

Nasza edukacja domowa

w dniu środa, 01 sierpień 2012.

Jesteśmy małżeństwem od dwunastu lat. Mieszkamy na wsi, co obojgu nam bardzo odpowiada – mnie jako dziewczynie z samego serca stolicy, która marzyła o domku na łonie natury, i Zdzisiowi, który wychował się wśród mazurskich jezior.

Miejsce, w jakim żyjemy, w dużym stopniu oddziałuje na to, jak żyjemy, między innymi na decyzje związane z wychowaniem i nauczaniem dzieci.

Kiedy dotarła do nas idea edukacji domowej, kończyłam jeszcze studia – pedagogikę na UW. W pierwszej chwili skrytykowała ten pomysł jako dziwactwo, które prowadzi dzieci do jakichś zwichnięć emocjonalnych czy społecznych. Ale z czasem to, co wydawało się negatywem, zaczęłam postrzegać w nowym świetle. Zdałam sobie sprawę, że dzisiejsza szkoła to nie to samo, co szkoła za moich, czyli w latach 70. XX w. Najgorsze, z czym wtedy można było się zetknąć, to był ateizm, podczas gdy dziś jest to kwestia realnych zagrożeń, w porównaniu z którymi owe pozytywy socjalizacji szkolnej bledną.

Największym jednak argumentem było samo życie – jak to zwykle bywa. Samo życie w osobach młodych ludzi, których poznaliśmy, a którzy byli właśnie edukowani w domu. Zadziwiła nas ich dojrza­łość, odpowiedzialność, jasna wizja przyszłości, samodzielność, odwaga życiowa i coś, co można nazwać kręgosłupem moralnym.

W tym czasie pojawili się już na świecie najpierw starszy synek, Emanuel, potem młodszy, Ga­bryś.

Mając w pamięci tamte osoby, zapragnęliśmy, aby i w naszych dzieciach zakorzeniła się świado­mość tego, po co żyją, żeby w miarę szybko znalazły swoją ścieżkę. Nie jest dziś o to łatwo – iluż dorosłych ludzi gubi się w tym bałaganie norm i wartości, jaki współczesna kultura nazywa postmo­dernizmem, a polityka społeczna – tolerancją i polityczną poprawnością.

Rolą rodziców jest wprowadzenie dziecka w świat – i my postanowiliśmy podjąć się tego zadania, nie cedując naszej odpowiedzialności na żadne instytucje. Tym bardziej że, jak pokazuje praktyka, zamierzone i niezamierzone oddziaływanie instytucji bywa sprzeczne z intencjami rodziców. Mieliśmy przekonanie, że sześcioletnie dziecko – czyli dziecko, które wkracza w obowiązek szkolny – nie jest jeszcze na tyle ugruntowane moralnie, aby mogło rozpocząć „samodzielne życie" w szkole, że potrze­buje jeszcze prowadzenia za rękę w bezpiecznych warunkach. Tak więc cztery lata temu pojawiliśmy się w małej wiejskiej szkółce, w której rejonie mieszkamy, z prośbą o zezwolenie na „spełnianie obo­wiązku szkolnego poza szkołą" dla naszego pierworodnego. I tak rozpoczęliśmy naszą przygodę z edukacją domową.

W czasie roku szkolnego zaszła pewna okoliczność, która postawiła dalsze nauczanie w domu pod znakiem zapytania. Byłam jednak zdeterminowana chęcią zobaczenia efektów tego ekspery­mentu edukacyjnego, że nie poddałam się obawom, iż nie dam sobie rady. Tą okolicznością było po­jawienie się w naszej rodzinie dwóch nowych istotek: bliźniaczek Ninki i Neli. I choć praca w nowych warunkach faktycznie nie była łatwa: dwa niemowlaki, czterolatek i sześciolatek, którego trzeba cze­goś nauczyć… jednak wszystko się powiodło. Z pewnością na dobry efekt wpłynął fakt, że Emiś, roz­poczynając zerówkę, miał już opanowane w dużym stopniu umiejętności i wiedzę, jakich wymagano od niego na koniec roku szkolnego.

I tu trzeba jasno powiedzieć, że edukacja domowa zaczyna się w momencie, kiedy dziecko przy­chodzi na świat, i trwa każdego dnia, z każdym impulsem dziecka do jakiegoś rodzaju aktywności, z każdym pytaniem, z każdą rozmową. To jest proces zależny w dużym stopniu od samego dziecka, od jego upodobań, zainteresowań, ale też jakoś inspirowany przez rodziców: czy to historią na dobranoc, czy to wspólnym spacerem, czy to podrzuconą dziecku książką…

Pierwszy rok naszej domowej nauki był trudny – oboje uczyliśmy się pracować na trochę innych warunkach niż dotąd. Synek źle znosił sytuacje przymusu, który gdzieś tam musiał jednak zaistnieć – choćby w kwestii nauki pisania, która na ogół nie jest domeną małych chłopców. Z drugiej strony wspominam ten czas jako okres absolutnej „wolności programowej" – codziennie robiliśmy co innego, to, co nam przyszło danego dnia do głowy. Czasem oczywiście pewne tematy ciągnęły się przez kilka dni, ale postanowiłam nie czuć się związana żadnymi podręcznikami i konkretnym materiałem do opa­nowania. Założyłam, że moje dziecko ma zrealizować podstawę programową, i to wystarczy.

W pierwszej klasie musiałam nieco zmienić podejście, gdy okazało się, że Emiś stracił na egzami­nie trochę punktów tylko dlatego, że nie znał jakichś konkretnych treści z podręcznika, z którym pra­cują jego koledzy w szkole. O tego czasu cała nasza edukacja podlega ciągłym fluktuacjom, jest to czynność, którą poddajemy nieustającej refleksji. Z jednej strony nie chcemy, żeby nauka w domy była odrabianiem tych samych ćwiczeń z książki, które w szkole robią rówieśnicy, z drugiej strony nie mo­żemy się od tego programu zupełnie uwolnić. Ale to nie tylko to. Kiedy przychodzą trudne dni niechęci do pracy – a przychodzą one falami co jakiś czas – staramy się coś zmieniać w naszym planie, coś uatrakcyjnić, coś dodać, coś wyrzucić, wprowadzić jakieś małe systemy nagród i kar. Tak więc nasza „działalność edukacyjna" jest żywym tworem. Ostatni zastanawiamy się nad tym, jak sprawić, by w bardzo napiętym kalendarzu naszych dzieci porozkładać wszystko tak, aby poświęcały więcej czasu na zajęcia praktyczne, a mniej na teorię. Nie jest to proste, a na pewno sprawa skomplikuje się, gdy  Emanuel będzie w klasie czwartej, gdzie nauka zabiera znacznie więcej czasu niż obecnie.

Jeślibyśmy mieli opowiedzieć, jak wygląda nasz dzień, trzeba by ogólnie stwierdzić, że chłopcy mają czas wypełniony zajęciami. Rano, po wstaniu, zachęcam ich do małej gimnastyki; niestety, młodszy, który jest śpiochem, Radko z tego korzysta, natomiast starszy, który jest urodzonym spor­towcem, już przed siódmą potrafi biegać z piłką po podwórku. Potem chłopcy myją się, ubierają i robią porządek w swoim pokoju. Ja w tym czasie oporządzam dziewczynki. Oczywiście tatuś jest już wtedy w pracy. Następnie poświęcamy około pół godziny czytaniu i rozważaniu Pisma Świętego i modlitwie. Jemy śniadanie, myjemy zęby i siadamy do zajęć. Część zajęć przeprowadzamy razem, częściowo jest to praca samodzielna chłopców – zwykle wypełnianie rozmaitych zeszytów ćwiczeń lub prowa­dzenie założonych przez nich ksiąg, np. Księgi Przyrody lub Księgi Bajek. Kiedy jeden z nich pracuje samodzielnie, ja omawiam z drugim nowy materiał, wyjaśniamy sobie niezrozumiałe treści, przepro­wadzamy nową lekcję angielskiego. Jeżeli to tylko możliwe, wychodzimy na dwór i tam w naturze uczymy się tzw. przyrody albo po prostu wystawiamy stolik przed dom, przy którym chłopcy odrabiają prace pisemne. Czas nauki kończy się przeczytaniem fragmentu lektury oraz 15-minutowymi ćwicze­niami gry na pianinie. W zależności od tego, jak szybko uporają się ze swoimi zadaniami, tyle czasu wolnego pozostaje im do obiadu i popołudniowych zajęć.

Starszy synek na zajęte każde popołudnie od poniedziałku do czwartku, młodszy ma nieco mniej zajęć o tej porze. Chłopcy chodzą do państwowej szkoły muzycznej, na zajęcie plastyczne w domu kultury, a starszy jeszcze na treningi piłki nożnej, którą po prostu kocha. Te wszystkie wyjazdy są może niedoskonałym, ale ważnym czasem dla rozwijania więzi między chłopcami a tatą, bo to on jest ich „szoferem". Mają wtedy możliwość porozmawiać o wielu sprawach, tata przygląda się ich osią­gnięciom sportowym czy artystycznym i współuczestniczy w nich, a to dla dzieci bardzo ważne. Mama w tym czasie może nareszcie skoncentrować się na dziewczynkach, które również domagają się jej uwagi.

Ponieważ edukacja domowa, to „edukacja do życia", codziennie staramy się znaleźć miejsce na rozmaite prace domowe – od prostego sprzątania po naukę gotowanie, prasowania, prace na działce itp. Wieczory to zawsze wspólne czytanie, bo jeśli cała Polska czyta dzieciom, to i my. Dzień kończy się wspólną modlitwą pod przewodnictwem taty.

Edukacja domowa to pokazywanie dziecku świata, szukanie ciekawych ludzi, ciekawych imprez i uczestniczenie w nich w miarę możliwości. W zeszłym roku szkolnym podjęliśmy decyzję, iż raz w miesiącu będziemy wyjeżdżać w jakieś ciekawe miejsce lub na ciekawe zajęcia. W ten sposób dzie­ciaki wzięły udział w wielu imprezach i warsztatach organizowanych w Warszawie i okolicach.

W tym roku chcielibyśmy znaleźć jakąś sposobność, żeby pokazać dzieciom możliwości pracy na rzecz innych ludzi, żeby – mówiąc górnolotnie – zaczęły doznawać radości z dawania, a nie tylko z brania. Oczywiście takie doświadczenia mają już w domu, ale chodziłoby nam o pójście nieco dalej.

Co mówią nasze dzieci o sposobie, w jaki się uczą? Posłuchajmy Emanuela: „Uważam, że nauka domowa jest bardzo dobra, bo jeżeli jest jedna osoba w klasie, to po prostu łatwiej uczyć, szybciej się dziecko uczy. Sądzę, że ci rodzice, którzy wybrali naukę domową, bardzo szanują swoje dzieci i chcą ich bardzo dobrego rozwoju. Wolałbym się uczyć w domu stuprocentowo, bo łatwo idzie nauka i jest taka miła atmosfera".

Wiele razy słyszeliśmy pytanie o wszystkie za i przeciw dla naszej edukacji. Pewnego dnia posta­nowiliśmy spisać je sobie – oto nasza lista, która wówczas powstała.

Plusy:

1. oddziaływanie na charakter dziecka (spędzanie z nim czasu daje możliwość zaszczepiania tych wartości, zasad i norm, na jakich nam zależy);

2. karmienie dziecka poczuciem bezpieczeństwa i własnej wartości (jest to baza dla dalszego życia dziecka w świecie);

3. koncentracja edukacji na mocnych stronach i zainteresowaniach dziecka (nikt nie musi być – i nie jest – orłem w każdej dziedzinie!);

4. lepsze wyniki dydaktyczne (w bezpiecznych emocjonalnie warunkach dziecko szybciej i le­piej się uczy);

5. ekonomia czasowa (badania pokazują, że na przeciętnej lekcji w szkole na sprawy meryto­ryczne poświęca się 15-20 minut! – w domu czas nauki jest naprawdę czasem nauki);

6. budowanie więzi w rodzinie (lepsza znajomość siebie nawzajem, wzajemne zaspokajanie po­trzeb, możliwość czerpania wzorów od rodziców, nauka opiekowania się młodszym ro­dzeństwem i uczenia go);

7. fizyczne i emocjonalne bezpieczeństwo (czyli izolacja dziecka od narkotyków, papierosów, al­koholu, hazardu, pornografii, przemocy itp.);

8. nauka życia – edukacja domowa to nie tylko porcjowanie wiedzy do głowy, to coś o wiele wię­cej: kształtowanie charakteru, nauka szeroko pojętej pracy (np. umiejętności związanych z prowadzeniem domu), umiejętność bycia w grupie, jaką jest rodzina i grono przyjaciół, ale też umiejętność sensownego spędzania czasu, gdy jest się samemu, kształtowanie sza­cunku do siebie, który owocuje tym, że dobrze czuję się sam ze sobą, nie muszę sięgać po wszelkiego rodzaju „poprawiacze nastroju", umiem stawiać sobie cele i realizować je;

9. edukacja domowa, to szkoła charakteru nie tylko dla dzieci, ale przede wszystkim dla rodzi­ców (!) – to też plus edukacji domowej, choć obserwowany jakby od drugiej strony; nic tak nie uczy obowiązkowości, punktualności, systematyczności, odpowiedzialności, organizacji czasu, kreatywności, pokonywania samego siebie (np. lenistwa) i swoich słabości (np. nie­chęci do przedmiotów ścisłych) jak nauczanie własnego dziecka!

Minusy:

1. nie ma zbyt wiele czasu na relaks dla rodziców, każda chwila dnia jest zajęta; gdy dzieci są w starszych klasach, nierzadko rodzic musi najpierw sam się przygotować do lekcji, zanim ją przeprowadzi;

2. najczęściej rodzina nie ma takich dochodów, jaki by mogła mieć, gdyby matka również praco­wała, stąd niezbędne w domu oszczędności – co oczywiście może być kolejną ważną lekcją dla dziecka (dochodzi tu też sprawa braku dofinansowania przez państwo jakichkolwiek ksią­żek i pomocy naukowych, których rodzina nauczająca w domu szydle potrzebuje sporo – a są to niemałe wydatki);

3. zwykle pani w szkole jest w stanie skuteczniej – przynajmniej na początku – utrzymywać dyscy­plinę, a to ze względu na fakt, że dziecko, przyzwyczajone do mamy, będącej przy nim przez tyle lat w zupełnie innej roli, nie umie się przystosować do nowych realiów – realiów obowiązku szkolnego, na straży którego mama teraz stoi;

4. brak motywacji do sprawnej pracy, która wynika z tego, że dziecko patrzy na kolegów i nie chce być ostatnie – w domu nie ma takiego „przyśpieszacza";

5. dziecko nauczane w domu nie ma możliwości spotkać się z prawdziwymi mistrzami pedago­giki, fascynatami swojej pracy i dyscypliny, której nauczają – czasami tacy się jeszcze zda­rzają i wtedy są zapewne skuteczniejsi niż „matka przy kuchennym stole". Tylko czy warto dla spotkania kilku takich nauczycieli narażać dziecko na kontakt z dziesiątkami typowych wyrob­ników, którzy do szkoły trafili przypadkiem, a swoją pracę traktują jako zło konieczne?

Na koniec pozwolimy sobie na małą refleksję związaną z tym, co nam się udało osiągnąć w naszej rodzinie dzięki edukowaniu dzieci w domu. Najważniejszą rzeczą jest chyba więź, jaką mamy z dziećmi, znajomość tego, co lubią, o czym marzą, co myślą, znajomość ich mocnych stron, ale też ich słabości. Owe więzi rodzinne są łatwo dostrzegane choćby w tym, jak umiejętnie chłopcy opiekują się młodszymi siostrami. Największą naszą bolączką z kolei są ich wzajemne relacje, ciągłe utarczki, rywalizowanie, niegrzeczne odzywki; na szczęście wielokrotnie dała o sobie znać ich lojalność wzglę­dem siebie, dopominanie się przez jednego o przywileje, które należą się również drugiemu, wza­jemne pilnowanie się, stawanie za sobą w trudnych sytuacjach.

Nasze dzieci są bardzo samodzielne, potrafią dużo zrobić w domu, dużo załatwić, są odważne w relacjach z innymi, nie chowają się za czyimiś plecami. Mają swoje śmiałe pomysły i realizują je. Przed rokiem chłopcy otworzyli mały sklepik, w którym sprzedawali sąsiadom upieczone przez siebie cia­steczka i gofry; po jakimś czasie ta działalność im się znudziła, ale odżyła latem, gdy wpadli na pomysł produkcji lodów z mrożonych truskawek – i naprawdę zarobili na tym kilkadziesiąt złotych!

Naszą radością są też niewątpliwie osiągnięcia edukacyjne oraz osiągnięcia na polu muzyki i sportu – czy byłyby one takie same, gdyby chodzili do szkoły? Raczej nie, szczególnie w przypadku młodszego synka, który przysłuchując się jedynie naszym lekcjom z Emanuelem, nauczył się prawie sam czytać, pisać, liczyć. Naśladując starszego brata, zaczął grać na pianinie i powtarzać ćwiczenia, jakie wykonują chłopcy na treningach piłki nożnej. Myślę, że kluczem jest tu czas – nie poświęcając więcej czasu, niż trzeba, na kwestie nauki szkolnej, dzieci mają go więcej na doskonalenie się w in­nych dziedzinach.

Chłopcy dużo samodzielnie czytają, co oczywiście wspaniale rokuje na przyszłość – nie tylko w sensie edukacji, choć to przede wszystkim. Ten, kto czyta, nigdy nie będzie się nudził, bo książka inspiruje do działania, do poznawania, do myślenia. Tworzy ciekawą, bogatą osobowość. Dlatego z optymizmem patrzymy w przyszłość.

Jest jeszcze jedna dziedzina, dla nas, jako chrześcijan, najważniejsza. Jest nią poznawanie Boga – zgodnie ze słowami Jezusa, które przytacza w Ewangelii Apostoł Jan: „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa" (J 17,3). Również w tej dziedzinie widzimy, jak chłopcy wzrastają, jak chętnie słuchają Słowa Bożego i jak dużo się z niego uczą. Ich zrozumienie spraw zbawienia niejednokrotnie nas zaskakuje.

Tak więc, mimo nieprostej codzienności, nigdy nie żałowaliśmy podjętej przez nas decyzji, ponie­waż uważamy, że ta forma edukacji jest po prostu najlepsza.

Monika i Zdzisław Analukowie

Powyższy artykuł został opublikowany w książce pod redakcją Marzeny i Pawła Zakrzewskich pt. „Edukacja do­mowa w Polsce. Teoria i praktyka", wydanej w 2009 r. w Warszawie.

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com