French flag English spanish flag

O architekturze

w dniu piątek, 01 marzec 2019.

Gilbert Keith Chesterton

Od pewnego czasu wszyscy słyszymy o propozycjach zburzenia kościołów w finansowo-handlowym centrum Londynu. Niektórzy zaś spośród nas wykazują pewną sympatię dla poglądu, że byłoby o wiele lepiej wyburzyć samo centrum. W długim zasięgu historii ironia tego kontrastu znika. Wiele greckich czy egipskich świątyń musiało jeszcze stać, gdy miasta lub wsie, które skupiały się wokół nich, rozpadły się w proch. Jeśli w ogóle mamy jakąś wyobraźnię, to patrząc na te świątynie odczuwamy pewnego rodzaju sympatię. Rozumiemy przecież, że świątynia rzeczywiście nie istniała po to, by służyć miastu, lecz by służyć Bogu. Jest to jednak ten rodzaj sympatii, którego – jak się wydaje – jesteśmy zdolni doznawać tylko w przypadku boga pogańskiego. Powstało ileś neopogańskich poematów opisujących takich bogów, którzy jeszcze ciągle jak duchy krążą po tych świątyniach. Iluś współczesnych poetów pisało o starożytnych ruinach, w których jeszcze ciągle błąka się i straszy Anubis o psiej głowie czy Pasht o zielonych oczach. Rzadko tylko wyrażali wielką sympatię dla ludzkich mieszkańców tych miast, które znikły. Jednakowoż sczezłe miasta zamieszkiwali co najmniej ich ludzcy mieszkańcy. Pracowali, zawierali małżeństwa, jadali obiady, sypiali w swych własnych miastach i często byli przywiązani do nich wzniosłą religią patriotyzmu.

To samo czynili mieszkańcy naszego śródmieścia (City) w dniach, gdy wznoszono tam kościoły. Obecnie, kiedy to śródmieście stało się jednym wielkim domem towarowym, jest o wiele mniej powodów do poetyckiego lamentu nad możliwością jego zburzenia. Czytelnik odetchnie jednak z ulgą, usłyszawszy, że nie mam nagłego zamiaru podpalenia Londynu czy pokusy powtórzenia wielkiego pożaru, opisanego (w całości błędnie) na kolumnie wzniesionej w Londynie dla upamiętnienia pożogi z 1666 r. Twierdzę jedynie, że w ogólnie historycznym sensie to tajemnicze określenie człowieka jako Kogoś ważnego w centrum miasta, mogło być rozciągane w dawnych czasach na tak skromne powołanie jak Kapłan w centrum miasta. Uważam, że gdy patrzymy na ludzkość w przeglądzie retrospektywnym i perspektywicznym, zazwyczaj dostrzegamy, że jej religia jest bardziej interesująca niż jej handel. Nawet najbardziej handlowe miasta starożytności, Tyr i Kartagina, nie były tak radośnie ożywione i ruchliwe, gdy wypisywano w nich przewozowe listy morskie lub rejestrowano zmiany kursu szekli do drachmy, jak wówczas, gdy pod wpływem bardziej poetyckiej strony ich natury wrzucały dzieci do pieca Molocha.

Jednakowoż porównanie ośrodków handlowych z religijnymi związane jest z innym problemem, który jest – być może – bardziej bezpośrednio współczesnym aniżeli kult Molocha. Jak dotąd, nie zaszliśmy jeszcze tak daleko, by odrodzić ten rodzaj wschodniego mistycyzmu, chociaż mówi się o tym, do czego ostatecznie możemy dojść drogą wyrozumowanego połączenia neopogańskiego kultu natury z naszymi staraniami o ograniczenie ludności. W każdym razie jednak coraz bardziej staje się jasne, że handel jest kosmopolityczny, a religia zazwyczaj do pewnych granic – narodowa, nawet jeśli jest również międzynarodowa. Będąc wyrazem życia całego narodu, daje pewien obraz lokalnego i tradycyjnego życia; natomiast sam komercjalizm z natury swej coraz bardziej staje się wymieszaniem i wymianą różnych produktów. Kościoły londyńskie przechowują pewien historyczny charakter Londynu – przypominają nam o znamiennych etapach historii Anglii. Natomiast czysto handlowe życie Anglii staje się coraz mniej angielskie: materialna maszyneria Londynu upodabnia się coraz bardziej do nowojorskiej. Wydaje się prawdopodobne, że – jak to się już często zdarzało – wszystko, co rodzime i co rodzinne będzie musiało schronić się w świątyni. Upłynie wiele czasu zanim w końcu zniknie ostatni pomnik architektury Wrena1 z zawaleniem się katedry św. Pawła tak jak wraz z upadkiem ulicy Regenta (Regent Street) znikł ostatni pomnik Regenta2.

W tym znaczeniu nie chodzi tu tyle o problem zachowania kościołów londyńskich, ile o zachowanie Londynu. Londyn ma swą własną duszę; ma zatem duszę, która powinna być ocalona; nikt jednak nie wydaje się bardzo troszczyć o jej ocalenie. Wygląda na możliwe, że oryginalne, stare kościoły Wrena jeszcze coś uczynią dla ocalenia duszy Londynu, nawet, jeśli straciliśmy wszelką nadzieję, że jakikolwiek kościół ocali dusze londyńczyków. Owe siedemnastowieczne budowle miały bowiem charakter i wyrażały ducha, jeśli nawet nie był to duch, który uważałbym za najbardziej podniosły. Jestem (jak to odkryli moi wrogowie z radością, ale trochę monotonną) mediewistą; instynktownie szukam najbardziej podmiotowego ducha w tym, co było kiedyś najwyższą wieżą. Stary bowiem gotyk kościoła św. Pawła, który przed wielkim pożarem stał na Ludgate Hill, uważany był za najwyższą budowlę chrześcijaństwa. Nawet amerykańscy najeźdźcy mogliby go uszanować jako wcale pokaźny drapacz chmur.

Mimo to nie pałam chęcią natychmiastowego zastąpienia obecnej renesansowej kopuły katedry św. Pawła wieżą Woolwortha3. Chociaż katedra ta może znajdować się w jakiejś relacji do chrześcijaństwa, to jednak zajmuje bardzo poważną pozycję w relacji do Europy; i w tym szczególnym konflikcie sympatyzuję z duchem Europy przeciw duchowi Ameryki. Coś z tej samej roli, tylko w mniejszej skali, odgrywają inne kościoły renesansowe: tak dalece świadczą o idei, że kultura to coś raczej jakościowego niż ilościowego. Nasuwają one myśl, że rzeczy osobliwe znajdujące się w spokojnym otoczeniu mogą często lepiej odsłaniać tajemnice naszej głęboko ludzkiej przeszłości, aniżeli budowle zajmujące o wiele więcej przestrzeni przy ulicach i także o wiele więcej miejsca w gazetach. Jak na razie, bronią one w pewien sposób faktu, że to nie drapacz chmur jest najbliżej nieba. Aby ocenić jak dalece autentyczną jest jakaś siedemnastowieczna rzeźba, nawet z rodzaju ozdobnego i lekko klasycznego, człowiek musi mieć orientację w mistrzostwie rzemieślniczym i w historii. Natomiast, aby ocenić drapacz chmur, nie musi on mieć niczego poza szyją, którą trzeba wyciągnąć i oczyma, które trzeba wytrzeszczyć. Upodobanie w samej wielkości jest nie tylko bardziej wulgarne, ono jest także bardziej zacofane i barbarzyńskie. Cała różnica między tymi ludźmi – to różnica między Rembrandtem czy Velasquezem badającym subtelności typowej twarzy a wieśniakami gapiącymi się na wielkoluda wystawionego na pokaz. I tak dalece jak jest to walką między barbarzyństwem a cywilizacją, mam nadzieję, że nie po raz pierwszy jestem po stronie cywilizacji.

Jednakowoż, jeśli jakaś większa rzecz jest stosowna w swoim miejscu, to w tym wspomnianym wypadku jest ona nie na miejscu. Jeśli nawet jest ona dobra jako drapacz chmur, to nie harmonizuje z niebem. Błędem jest malowanie nawet pałacu Aladyna, jeśli się nie wie, czy jego kopuły i minarety mają mieć w tle zarysy zwiędłego wrzosowiska, czy też Nilu z barką Kleopatry. Im bardziej tło jest niewłaściwe, tym bardziej będzie napierać na pierwszy plan. A nasza sceneria w wielu znaczeniach tego słowa ma, prawdę powiedziawszy, swój sposób walenia się na aktorów. Nasza sceneria jest tego rodzaju, że utrzymuje maszynistę teatralnego zmieniającego sceny w ciągłym ruchu. Nasza tylna scena jest sceną ciągłych zmian. Niektórym może się ona wydawać raczej przygnębiającym rodzajem zmiany obrazów. Innym (włącznie ze mną) jej zimne chmury i stopnie szarości wydają się właśnie wizją autentycznej romancy. W każdym jednak razie angielska pogoda jest niewątpliwie pogodą; jak to się przyjmuje, gdy mówimy o tym, że musimy ją przetrwać. Nie ma natomiast takiej rzeczy jak klimat angielski. Obecnie architektura amerykańska jest bardzo piękną architekturą, jak np. pensylwański dworzec kolejowy w Nowym Jorku. Jednak najlepsza architektura amerykańska jest architekturą klasyczną takiego samego rodzaju jak najlepsza architektura grecka i rzymska. Jest ona co najmniej częściowo tego samego rodzaju i częściowo z tego samego powodu. Została wzniesiona w zgodzie z klimatem, zbudowano ją, by w pewnym i wyraźnym zarysie kontrastowała z niebem, wyglądającym – masywnie i solidnie jak głaz – czysty model bieli na tle błękitu. Harmonizuje ona z silnym światłem i bezchmurnymi przestrzeniami nad wieżami Manhattanu; i tutaj – jak wszystko inne na tym miejscu – jest rzeczą wspaniałą i wartą zobaczenia.

Gilbert Keith Chesterton

Przełożył Jerzy Chodorowski

 


 

1) Christopher Wren (1632-1723) największy architekt angielski swego czasu, projektował 53 kościoły w Londynie włącznie z katedrą św. Pawła oraz wiele znamienitych budowli świeckich.

2) Ulica Regenta (Regent Street) wraz z jej kolumnadami stanowiła jedno z głównych dzieł architekta angielskiego Johna Nasha (1752-1835). Oficjalnym patronem Nasha był podówczas regent, późniejszy król Jerzy IV. W 1848 r. kolumnady zostały zburzone

3) F. W. Woolworth Co., spółka amerykańska założona w 1911 r. jednocząca ok. 2500 sklepów w Stanach Zjednoczonych i za granicą. Niektóre sprzedają towary tylko po cenach 5, 10 centów

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com