French flag English spanish flag

Opowiadania

w dniu czwartek, 01 październik 2015.

Flannery O'Connor (1925-1964), wybitnie utalentowana, zmarła przedwcześnie pisarka amerykańska, jest zdaniem krytyki jednym z najciekawszych zjawisk w prozie światowej XX wieku. Nie reprezentowała ona żadnej szkoły ani mody literackiej. Przeżyła życie z dala od wielkich centrów kultury, w rodzinnej posiadłości w stanie Georgia. Pisarstwo jej wyrasta z tradycji i atmosfery Południa. Cechuje ją szczerość i poszukiwanie istotnych treści. Na otaczający ją świat patrzy bez złudzeń. Ten krytycyzm pozwolił jej dostrzegać rzeczywiste kształty i problemy życia.

Pozostawiła po sobie cztery książki: dwie powieści (Wise Blood i The Violent Bear It Away) oraz dwa tomy opowiadań (A Good Man Is Hard to Find i Everything That Rises Must Converge).

Przedstawiamy fragmenty trzech opowiadań z wydanego w Polsce przez PIW w 1970 r. tomu „Trudno o dobrego człowieka" w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej.

OBJAWIENIE

Póki słońce nie skryło się ostatecznie za linię drzew pani Turpin stała w progu chlewni patrząc w jej głąb, jak gdyby wchłaniała jakąś bezdenną życiodajną mądrość. Wreszcie podniosła głowę. Już tylko jedno pasemko fioletu na niebie przecinało pole szkarłatu i niby odgałęzienie szosy prowadziło w gęstniejący mrok. Pani Turpin oderwała ręce od ścian chlewni i wzniosła je do góry, gestem kapłańskim i pełnym powagi. Światło jasnowidzenia olśniło jej oczy. Zobaczyła pasemko fioletu jako wielki wiszący most przerzucony z ziemi do nieba poprzez pole żywego ognia. Mostem pod górę wspinał się tłum dusz. Zastępy białej hołoty, po raz pierwszy od urodzenia czystej, bandy Murzynów w białych szatach, pułki kalek i wariatów krzyczały, klaskały i podrygiwały jak żaby. A zamykała procesję gromada ludzi, wśród których poznała tych, co tak samo jak Claud i ona zawsze mieli wszystkiego po trosze i używali dobrze danego im przez Boga rozumu. Pochyliła się naprzód, żeby im się lepiej przyjrzeć. Maszerowali za innymi z wielką godnością, niezawodni jak zawsze w przestrzeganiu porządku, rozsądku i przyzwoitych manier. Tylko oni byli nastrojeni na właściwy ton. Ale z ich zmienionych, wstrząśniętych twarzy wyczytała, że nawet ich cnoty spaliły się ze szczętem. Opuściła ręce i chwyciła się ogrodzenia chlewni; powieki jej drgnęły nawet, gdy swymi małymi oczyma wpatrywała się w widok, który roztaczał się przed nią. Po chwili wizja zbladła, lecz pani Turpin długo jeszcze stała bez ruchu.

W końcu zeszła z wysokiego progu, zakręciła kran i z wolna poszła ciemniejącą ścieżyną ku domowi. Wokół niej w lasach odezwały się niewidzialne chóry świerszczy, lecz ona słyszała głosy dusz wspinających się pod górę ku wygwieżdżonym obszarom i wykrzykujących: „Alleluja".

RZEKA

Na bliższym brzegu zbici w gromadkę ludzie śpiewali. Za nimi rozstawione były długie stoły, a na drodze prowadzącej do rzeki czekało kilka zaparkowanych samochodów i ciężarówek. Śpiesznie przeszli pastwisko, bo pani Connin, osłaniając ręką oczy od słońca, zobaczyła kaznodzieję stojącego już w wodzie. Zostawiła swój koszyk na jednym ze stołów i popchnęła trzech chłopaków naprzód, pomiędzy zgromadzonych ludzi, żeby nie przyszło im do głowy zamarudzić się przy prowiantach. Trzymając Bevela wciąż za rękę przecisnęła się do pierwszego rzędu.

Kaznodzieja stał o parę kroków od brzegu w rzece, a woda sięgała mu po kolana. Był to wysoki młodzieniec w spodniach khaki zawiniętych powyżej poziomu wody. Miał na sobie niebieską koszulę i czerwoną chustkę na szyi, ale był bez kapelusza; jasne włosy bokobrodami sięgały do zapadniętych policzków. Wyglądał na niespełna dwadzieścia lat. Śpiewał i jego wysoki nosowy głos górował nad chórem; ręce założył na plecach, a głowę zadarł do góry.

Zakończył hymn wysoką nutą i przez chwilę stał cicho, patrząc na wodę i przestępując z nogi na nogę. Potem spojrzał na zebranych u brzegu. Ludzie stali zbici w ciasną gromadkę; poważne twarze miały wyraz uroczystego wyczekiwania i wszystkie oczy zwracały się ku niemu. Raz jeszcze przestąpił z nogi na nogę.

– Może wiem, po co tutaj przyszliście, a może nie wiem – powiedział przez nos. – Jeżeli nie przyszliście do Jezusa, to nie przyszliście także do mnie. Jeżeli chcecie tylko przekonać się, czy nie uda wam się w tej rzece zostawić swoich cierpień, to nie przyszliście szukać Jezusa. Nie zrzucicie swoich cierpień do rzeki. Nigdy wam tego nie obiecywałem.

Umilkł i spuścił wzrok na swoje kolana.

– Sama widziałam, jak uzdrowiłeś jedną kobietę! – krzyknął znienacka piskliwy głos z gromadki wiernych. – Widziałam, jak kulawa kobieta wstała i odeszła stąd na zdrowych nogach.

Kaznodzieja oderwał najpierw jedną, potem drugą stopę od dna rzeki. Na jego ustach pojawiło się coś bardzo podobnego do uśmiechu.

– Jeżeli po to przyszliście, wracajcie lepiej do domu – powiedział. – Podniósł głowę i obie ręce, a potem krzyknął: – Słuchajcie, ludzie, co wam powiem! Jedna jest tylko rzeka, rzeka życia, rzeka krwi Chrystusowej. W tej rzece możecie złożyć wasze cierpienia, w rzece wiary, w rzece życia, w rzece miłości, w bogatej rzece pełnej krwi Jezusowej! – Miękkim, melodyjnym głosem ciągnął dalej: – Wszystkie rzeki z tej jednej wypływają, do niej wracają jak do oceanu, a jeżeli macie wiarę, możecie w niej zatopić wasze cierpienia i pozbyć się ich, bo ta rzeka po to została stworzona, żeby zmyć wasze grzechy. Ta rzeka jest pełna cierpień, sama jest cierpieniem, a płynie do Królestwa Chrystusowego, gdzie będzie oczyszczona, a wy, ludzie, do niego dążcie tak jak ta odwieczna czerwona rzeka, co płynie wokół moich nóg.

– Słuchajcie! – zawołał śpiewnie. – Czytamy w Ewangelii świętego Marka o trędowatym, czytamy w Ewangelii świętego Łukasza o ślepym, czytamy w Ewangelii świętego Jana o umarłym. Słuchajcie ludzie! Ta sama krew, od której czerwieni się woda rzeki, oczyściła trędowatego, otworzyła oczy ślepca, wskrzesiła umarłego! Ludzie, złóżcie swoje troski w rzece krwi – krzyknął – w rzece męki, i patrzcie, jak płyną z wodą do Królestwa Chrystusowego.

PRZYBYTEK DUCHA ŚWIĘTEGO

– Teraz my wam zaśpiewamy. – I zanim chłopak zdążył je ubiec, zaintonowały wyćwiczonymi w klasztornym chórze głosami:

Tantum ergo Sacramentum

Veneremur cernui

Et antiquum documentum

Novo cedat ritui

Mała śledziła twarze chłopaków, na których wyraz solennej powagi ustąpił zmieszaniu; i widziała, jak spoglądali wzajemnie na siebie, niepewni, czy dziewczęta nie kpią z nich umyślnie.

Praestet fides supplementum

Sensum defectui.

Genitori, Genitoque

Laus et jubilatio

Salus, honor, virtus quoque…

Twarze chłopców były ciemnoczerwone w szarofioletowym świetle, wydawali się zagniewani i speszeni.

Sit et benedictio;

Procedenti ab utroque

Compar sit laudatio.

Amen.

Dziewczyny przeciągnęły długo końcowe „amen", po którym zapadła cisza. […]

Ledwie człowiek przestąpi ich próg, zaraz każą się modlić – pomyślała Mała, kiedy szły wyfroterowanym do połysku korytarzem. Można by myśleć, że spieszy się na pociąg – myślała dalej w tym samym wciąż złośliwym nastroju, wchodząc do kaplicy, gdzie po jednej stronie klęczały zakonnice, a po drugiej dziewczęta w brązowych mundurkach. Wnętrze pachniało kadzidłem. Ściany były jasnozielone i złote, szereg strzelistych łuków kończył się sklepieniem nad ołtarzem, u którego stóp klęczał ksiądz, nisko pochylony przed monstrancją. Chłopczyk w komeżce stał za nim kołysząc kadzielnicą. Mała uklękła pomiędzy matką a zakonnicą, ale dopiero w połowie Tantum ergo złośliwe myśli ucichły w niej i zaczęła sobie uświadamiać, że znajduje się w obliczu Boga. Pomóż mi, żebym nie była taka podła – powiedziała w duchu odruchowo. – Pomóż mi, żebym nie odpowiadała ludziom tak niegrzecznie. Żebym nie była taka niedobra dla mamy. Pomóż mi, żebym nie gadała takich rzeczy, jakie gadam… W umyśle zapanował spokój, a potem pustka, lecz kiedy ksiądz podniósł monstrancję z Hostią jaśniejącą bielą pośrodku, Mała zauważyła, że myśli o jarmarcznym namiocie, w którym pokazywał się ten dziwny wybryk natury. Dziwoląg mówił: „Nie buntuję się przeciw temu. Wola Boska. Bóg chciał, żebym taki był".

Flannery O'Connor

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com