French flag English spanish flag

Dziennik patriotów katolickich
dla reformy monetarnej Kredytu Społecznego

Wizja piekła. Świadectwo

w dniu sobota, 01 styczeń 2011.

DZIĘKI CI, MARYJO, TYŚ MNIE URATOWAŁA!

Siostrę Annę Grzybowską, szarytkę, znało kilka naszych zakonnic, które do tej pory żyją. Jej rodzona siostra Brygida (zm. 26 II 1976) należała do naszego zgromadzenia SS. Zmartwychwsta­nek. Ostatnie lata spędziła w Wejherowie.

S. Anna odwiedzała ją i pielęgnowała. Opo­wiadała wtedy o swoich nadzwyczajnych przygo­dach wojennych, które na prośbę naszych sióstr spisała S. M. Dorota Trybuła CR, 14 II 1996 r.

DZIĘKI CI, MARYJO, TYŚ MNIE URATOWAŁA!

Pamiętnym wydarzeniem z czasu mojej pracy w szpitalu po drugim zajęciu Lwowa przez Rosjan była śmierć 26-letniego Franka N. Był on wielkim zbrodniarzem i przestępcą, co ujawniło się dopiero w godzinie jego śmierci. Do wybuchu wojny pracował jako woźnica w Zakładzie Nieuleczalnie Chorych. W chwili rozpoczęcia działań wojennych porzucił samowolnie dotychczasowe zajęcia i przyłączył się do bandy rabusiów. Nawrócenie jego było dziełem miłosierdzia Matki Najświętszej. Wyprosiła je co­dziennym odmawianiem różańca przez sześć lat siostra szarytka Zamysłowska. Była ona przeło­żoną Zakładu, w którym Franek pracował i z któ­rego uciekł ku jej wielkiemu zmartwieniu.

Nawrócenie Franka

Do Szpitala na klinikę chirurgiczną przywie­ziono go w 1945 r. w bardzo ciężkim stanie. Miał gruźlicę płuc i ropne zapalenie opłucnej na tle gruźliczym. Leżał w klinice trzy miesiące. W tym okresie trzy razy zgłaszał się do spowiedzi i Ko­munii św. Stan zdrowia Franka w trzecim miesiącu pogarszał się z dnia na dzień. 31 X 1945 r. o godz. 15, w czasie gdyśmy ścieliły łóżko i poprawiały po­zycję chorego, nastąpił silny krwotok płucny. Za­lane zostały krwią łóżko i podłoga, a również ja z drugą siostrą, i to od twarzy aż do stóp.

Mimo to Franek nie zakończył życia, ale zaczął krzyczeć że widzi szatanów i piekło otwarte, do którego usiłują go wciągnąć przy pomocy różnych narzędzi. Równocześnie duszę jego paliły popeł­nione zbrodnie. Wyznawał je teraz głośno, wołając rozpaczliwie: „Księdza!!!" i zasłaniając się siostrami (które trzymał oburącz) przed atakiem złych du­chów. Podkurczył nogi pod siebie i szamotał się w okropnym przerażeniu. Zachęta do ufności w Miło­sierdzie Boże i poddawane akty żalu doskonałego nie uspokajały umierającego. Sytuacja stawała się rozpaczliwa. O tej porze znaleźć księdza na tere­nie szpitala równało się z cudem, a ks. kapelan mieszkał na plebanii [parafii] św. Antoniego, kilo­metr od kliniki. Proszę Franka, żeby mnie puścił, to pójdę szukać księdza, a on na to: „Nie puszczę, bo mnie szatani porwą". Podaję Frankowi różaniec i mówię: „Trzymaj, on cię też zasłoni od szatanów, a mnie puść". Wyszłam zrozpaczona na korytarz, i o cudo!: korytarzem idzie ksiądz karmelita z obiadem do chorego brata zakonnego. Proszę go, aby zo­stawił torbę na korytarzu, a sam przyszedł na salę, aby udzielić rozgrzeszenia umierającemu, równo­cześnie podaję mu stułę i oleje święte.

Gdy kapłan wszedł do sali, piekło wraz z szatanami w tej chwili zniknęło. Franek wyciągnął pod­kurczone nogi i zaczął od początku litanię okrop­nych zbrodni, nie zapominając i o świętokradz­twach, co już wszyscy obecni na sali słyszeli drugi raz. Kapłan mówi do penitenta: „Ciszej, ciszej…", ale Franek stanowczym głosem mówi: „Żadne ci­cho, na Sądzie Bożym cały świat będzie wiedział, jakie zbrodnie popełniłem!" – i dalej wyrzucał z siebie to, co stanowiło jego największą mękę. Gdy skończył i otrzymał rozgrzeszenie, uspokoił się zu­pełnie, wyciągnął ręce jakby do kogoś na przywita­nie i ostatkiem sił krzyknął: „Dzięki Ci, Maryjo, Tyś mnie uratowała!", a złożywszy ręce na piersiach, skonał. Namaszczenie otrzymał już jako zmarły.

Sześciogodzinna spowiedź

Zrobiłyśmy z drugą siostrą porządek ze zwło­kami, z łóżkiem i podłogą, żeby nikt więcej nie za­każał się. Umyłyśmy się same, przebrały chałaty i poszły do dalszych obowiązków, s. Cecylia na salę nr 10, a ja z powrotem na salę nr 5, gdzie oprócz Franka leżało jeszcze ośmiu ciężko chorych męż­czyzn. Jakież było moje zdziwienie, gdy żaden z chorych nie leżał w łóżku, ale wszyscy pod łóż­kami, z głowami nakrytymi poduszkami i matera­cami. Nawet chory na wyciągu, z kolanem rozbitym kulą dum-dum i ciężką raną na udzie, leżał pod łóżkiem, uwolniony ze stalowych drutów i obciąże­nia nogi. Kiedy zobaczyłam jego twarz, był zmie­niony nie do poznania: włosy białe, a oczy [ucie­kające] pod powieki. Kurczowo trzymał materac na głowie i przeraźliwym głosem żądał księdza, i to natychmiast. O księdza wołali też wszyscy inni.

W tej chwili posłałam sanitariuszkę, aby na bramie głównego budynku zaznaczyła na tablicy konieczną obecność księdza na oddziale, a sama przy pomocy sanitariuszek i sanitariusza z sali operacyjnej wyciągaliśmy chorych i układali na łóż­kach jak należy. Wszyscy byli przerażeni i czekali na księdza, jak tonący na deskę ratunku. Przyszedł ks. Woroniecki, kapelan, 15 minut po 17-tej. Ja trzymałam dyżur na korytarzu, żeby nikt nie prze­szkadzał ani z kolacją, ani z wizytą lekarską. O godz. 23.15 wyszedł ks. kapelan na korytarz blady i oblany potem. Zapytał, co było na tej sali, i jak długi upadł zemdlony na ziemię. Zobaczyły to dwie Rosjanki, nocne dyżurne, i przybiegły pomóc mi ratować go, a potem położyć na wózku szpitalnym, aż do dojścia do normy. Na plebanię odprowadzili księdza dwaj portierzy.

Na sali nr 5 jeden szloch. O kolacji chorzy sły­szeć nie chcieli. Prosili, żeby pomóc im odprawić pokutę i razem z nimi dziękować, że oni jeszcze żyją, że się mogli spowiadać, że ich szatani nie po­rwali do piekła, które widzieli na sali. Całą noc spędziłam z nimi na modlitwie i na przygotowaniu do Komunii świętej.

Rano, gdy zobaczyli księdza z Panem Jezu­sem, płakali głośno jak dzieci. Jak miłe musiały być te łzy Zbawicielowi, którego łaska odniosła tak wielkie zwycięstwo. Śniadania nie chcieli jeść, ale płacząc dziękowali za przeżyty wczorajszy dzień. Zrobiłam, co było konieczne na tej sali i wybiegłam, żeby przygotować cały oddział do wizyty lekarskiej na godz. 8 rano.

Wizyta lekarska

Wizyta zaczęła się od sali nr 1. Przyszli profe­sor Karawanow, Rosjanin, i kilkunastu lekarzy na­rodowości polskiej, rosyjskiej i ukraińskiej. Słu­chają, co mówi profesor i serdecznie odnoszą się do chorych i do mnie. Kiedy wizyta lekarska weszła do sali nr 5, profesor zmarszczył brwi, oczami ob­szedł całą salę, a za nim zrobili to samo inni leka­rze. Po chwili przyglądania się chorym w milczeniu, mówi do mnie gniewnym głosem: „Siostro Anno! Tyle razy prosiłem, żebyście wszystkie zmiany, ja­kie robicie na oddziale, zgłaszali mi przed wizytą". Ja na to: „Nie rozumiem, panie profesorze, o co chodzi"… „Jak to – mówi profesor – całą salę zmienić i nic nikomu nie zgłosić?". Odpowiadam: „Panie profesorze, ani jeden chory nie jest inny niż ci, co byli wczoraj i dawniej; wszyscy ci sami". Profesor: „Nie poznaję ani jednego chorego!". Ad­iunkt, dr Liebhart, mówi mi do ucha po polsku: „Siostro Anno, nie rób wariata z Profesora, prze­cież ani jeden chory nie jest ten sam. Skądże sio­stra wzięła ośmiu chorych bez wiedzy lekarzy?". Kartami temperatury i diagnozami, a także żela­zami ze zdjętego wyciągu, przekonałam wszyst­kich o prawdzie moich słów.

Profesor zapytał, co było powodem, że wszy­scy są tak zmienieni i mają białe głowy. Powie­działam, że w związku ze śmiercią Franka odby­wała się na sali jakaś piekielna scena, która wszystkich przeraziła, ale i nawróciła, dlatego pewnie są tacy inni. Bez słowa obeszli całą salę, a na korytarzu zmusili mnie prośbami do opowiedze­nia tego, co było. W dużym skrócie opowiedziałam, co się działo, i że ksiądz się znalazł w nieoczeki­wanej porze, i że po wyznaniu grzechów i rozgrze­szeniu Franek zaraz umarł. Na to profesor Kara­wanow: „Ot, to jeden z wielu dowodów, że jest Bóg i że człowiek posiada duszę nieśmiertelną".

Po wizycie i operacjach zgłosili się do mnie trzej lekarze – dwóch Polaków i jeden Ukrainiec – z prośbą o książeczki do nabożeństwa i o zastęp­stwo na dzień następny w rannych czynnościach, bo mogą się spóźnić, ponieważ pójdą do spowie­dzi i Komunii świętej, do której nie przystępowali od czasu złożenia matury. Na drugi dzień, gdy przyszli do pracy, byli przejęci i odmienieni, po­dobnie jak chorzy. Różańce i Cudowne Medaliki przyjęli z radością.

Co przeżywali chorzy?

Po południu tego dnia miałam chwilkę czasu na rozmowę z chorymi na temat wczorajszego przeżycia. Wszyscy się przyznawali, że mieli po­wody znalezienia się w piekle i że tylko cudem nie zostali tam porwani. Przyznali się, że całe lata nie spowiadali się, jeden nawet 40 lat.

Najstarszy pacjent, bez nogi (urwana przez granat), płakał z radości, że wczoraj nie wpadł do piekła, bo bardzo na nie zasłużył. Po Komunii św. bez przerwy modlił się o śmierć, żeby już nigdy więcej Pana Boga nie obrazić, ale mieć Go w sercu jak dzisiaj. Modlitwa dziadka była widocznie miła Panu Bogu i została wysłuchana – wieczorem tego dnia zasnął na wieki bez żadnej agonii. Inni chorzy na widok zmarłego dziadka z płaczem wo­łali, że i oni chcą dzisiaj umrzeć. Dopiero przypo­mnienie im o obowiązku pokuty i naprawy złego życia uspokoiło salę.

 Pytałam chorych, jak wyglądał szatan. Zakryli twarze rękami, a jeden z nich, inżynier, mówił, że to niemożliwe do opisania. Inteligencją przewyższa szatan wszystkich uczonych na świecie, a wygląd jego jest tak straszny, że lepiej ponosić wszystkie tortury na ziemi, niż wpaść w jego moc. Tak jak lu­dzie szatana malują, to są żarty.

Może warto zaznaczyć, że spowiedzi Franka wysłuchał karmelita, wyświęcony w owym miesiącu na kapłana. Przyjechał do Lwowa po studiach. Do szpitala z obiadem był wysłany o godz. 12, ale nie mógł od razu trafić. Przyszedł dopiero wtedy, kiedy Franek wołał: „księdza", [tzn. ok. godz. 15]. Wi­docznie Matka Najświętsza tak pokierowała jego krokami.

za zgodą Rycerza Niepokalanej 11/1996

Ze skopiowanych materiałów byłej strony in­ternetowej ks. Adama Strzałkowskiego

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com