French flag English spanish flag

Od długu do dobrobytu

Napisał J. Crate Larkin w dniu wtorek, 01 maj 2001.

Kryzys, bieda, długi i podatki – wynik obecnego przestarzałego systemu monetarnego

Rozpoczynamy druk fragmentów książki J. Crate’a Larkina pt. „Od długu do dobrobytu”, au­tora mieszkającego, w czasie, gdy pisał swoją książkę, w Buffalo w stanie Nowy Jork, w USA. Właśnie ta książka w 1934 r. uczyniła z Louisa Evena zwolennika i propagatora Kredytu Spo­łecznego i zmieniła bieg jego ży­cia. „Było to wiel­kie światło na mojej drodze”, powiedział kiedyś Louis Even. Zachęcamy Państwa do lektury tej książki, jak również zamieszczonych obok „No­tatek historycznych na temat Kredytu Społecz­nego”, napisanych przez Evena. Jest to barwne wspomnienie założyciela dwumiesięcznika „Mi­chael”, w któ­rym pisze on m. in. o tym, jak dowie­dział się o Kredycie Społecznym, czytając książkę Lar­kina „Od długu do dobrobytu”.

 


 

Rozdział 1

W obliczu dzisiejszych faktów

Przez kilka ostatnich lat cierpieliśmy z po­wodu ogólnoświatowej depresji. Wszyscy chcą uzdrowienia gospodarki. A jednak mi­liony głodują zanurzone po kolana w pszenicy, nie mają się w co ubrać, podczas gdy ba­wełna jest zaorywana, pozostają bezdomne, gdy mieszkania stoją puste. Otoczeni przez obfitość rzeczy, których potrze­bujemy, do­świadczamy niedostatku pośród obfi­tości. Co za godny politowania kontrast!

Ten smutny spektakl staje się nawet bar­dziej jaskrawy, kiedy skontrastujemy Amerykę produ­kującą z Ameryką konsumującą. Kiedy porów­namy Amerykę – producenta z Ame­ryką robiącą zakupy, odkrywamy, że produ­cent może produ­kować, ale kupujący nie może kupić. W tej sytu­acji maszyneria pro­dukcyjna zostaje unierucho­miona.

Uzdrowienie przedsiębiorstw oznacza uzdro­wienie ekonomii. Ekonomia jest sprawą codzien­nego doświadczenia gospodarczego, gdyż jest ona tylko zarządzaniem gospodar­stwem społecz­nym. Każdy, kto zajmuje się biznesem jest obez­nany z ekonomią przez doświadczenie prak­tyczne. Nie potrzebujemy obawiać się ekonomii, jako czegoś trudnego do zrozumienia, ponieważ możemy o niej mówić prostymi słowami języka codziennego. Zamiast wytężać siły, by zrozumieć masę abs­trakcyjnych idei, dużo lepiej myśleć o ekonomii po prostu jak o biznesie każdego z nas.

Jeśli mamy mówić o biznesie, zacznijmy od zdefiniowania go, tak byśmy wiedzieli, czym wła­ściwie jest biznes. Proces zaspoka­jania pragnień przy pomocy dóbr w zamian za pieniądze jest na­zywany handlem lub bizne­sem.

Biznes musi być prowadzony, ponieważ jego transakcje faktycznie zaspokajają nasze pragnie­nia dóbr. Wiemy, że mamy stałe za­potrzebowanie na produkty i posiadamy bogate środki do ich wy­produkowania. Żeby więc zrozumieć znaczenie jakiegokolwiek uzdrowienia eko­nomicznego mu­simy najpierw wiedzieć, jaki jest cel systemu eko­nomicznego.

Cel systemu ekonomicznego

Wyobraźmy sobie wielką, szklaną taflę okna wystawowego sklepu rozciągającą się wzdłuż całego kontynentu od Nowego Jorku do San Francisco. Za szybą znajdują się wszystkie do­bra, które wytwarza Ameryka. Przed nią stoi 260 milionów Amerykanów, potencjalnych kupujących. Wszyscy z nosami wetkniętymi w szybę, jak to zwykliśmy byli ro­bić w dzieciństwie.

Wejdźmy do sklepu i zobaczmy, co tam mo­żemy znaleźć. Pierwsza rzecz, która nas uderza to zdumiewająca różnorodność pro­duktów prze­znaczonych na sprzedaż. Jest tu prawie milion różnych przedmiotów do kupie­nia – wszystko czego potrzebujemy, żeby żyć w komforcie, wy­godzie i zadowoleniu.

Zapytajmy sprzedawcę, w jaki sposób może on utrzymać to zaopatrzenie produk­tów? Pokaże on nam magazyny wypchane dobrami. Za maga­zynami kryje się łańcuch fabryk, a za nimi gospo­darstwa rolne i kopal­nie, za tymi – laboratoria i szkoły, a w końcu za tym wszystkim – sami Ame­rykanie ze swoimi ambicjami, entuzjazmem, wy­nalazczo­ścią i historią. Z tymi bogactwami sprze­dawca może gwarantować nam zaopatrzenie w produkty, przekraczające naszą wyobraźnię.

Ta podaż towarów i usług jest rzeczywi­stym bogactwem Ameryki. Zdolność do wy­pro­dukowania i dostarczenia tych dóbr i usług jest jedynym prawdziwym ograniczeniem na­szego kredytu realnego. Nie ma tu zatem kwestii nad­miaru naszego namacalnego, rzeczywi­stego bo­gactwa.

Kiedy rozejrzymy się wokół w tym warsz­tacie bogactwa, zauważymy jak niewielu ludzi tu pra­cuje. Wszędzie, gdzie nie spojrzymy, widzimy maszyny zastępujące ludzką pracę, które zostały zaprojektowane i zainstalowane celowo, żeby wyeliminować mozolną ha­rówkę. Dzięki nauce klątwa Adama została zdjęta z pleców człowieka i przeniesiona na szersze plecy sił natury przy użyciu potęgi pary i energii elektrycznej. Nasza kontrola nad tymi siłami może zapełnić okno wy­stawowe produktami mimo tego, że dopiero nie­dawno zaczęliśmy skutecznie używać tych pod­danych nam sił. Widok wszystkich produktów, które mogą zostać wytworzone, umieszczo­nych w sklepie obfitości sprawi, że poczujemy się bardzo bogaci.

Dołączmy teraz do milionów kupujących, stojących przed szybą. Co za zmianę tu od­kry­wamy! Zamiast uporządkowanej współ­pracy na­ukowej systemu produkcyjnego i ob­fitości pro­duktów tworzonych przez ten sys­tem, kiedy wy­chodzimy na zewnątrz napoty­kamy walczący tłum zmęczonych ludzi. Każdy walczy z każdym, a większość z nas wydaje się kiepsko na tym wy­chodzić.

Wszyscy jesteśmy kupcami i konsumen­tami produktów. Potrzebujemy pożywienia, ubrania i schronienia, żeby móc żyć. Oprócz tego mamy wiele innych potrzeb, które chcie­libyśmy zaspo­koić. Po co zbudowaliśmy ten ogromny sklep bo­gactwa i podjęliśmy wszyst­kie niezbędne działa­nia, by utrzymać jego za­opatrzenie?

Jeżeli zadamy sobie to pytanie, jako ku­pujący i konsumenci towarów, odpowiedź jest oczywista. Produkujemy dobra po to, żebyśmy mogli ich używać. Celem produkcji jest kon­sumpcja. Wszy­scy wiemy z doświadczenia, że jest wiele dóbr i usług, które musimy otrzymać od tych, którzy są lepiej przygotowani niż my, by je nam dostarczyć.

Pewien systematyczny proces produkcji i dystrybucji tych dóbr jest niezbędny, jeśli chcemy pracować razem w uporządkowany i inteligentny sposób. Rozwinął się nowoczesny przemysł, a jego olbrzymia zdolność do pro­dukcji dóbr i wy­konywania usług jest teraz wy­soce wyspecjalizo­wana.

W skrócie możemy zdefiniować cel sys­temu ekonomicznego mówiąc, że system ekonomiczny istnieje po to, by dostarczać dóbr i usług w czasie, w miejscu i z powodu tego, że są one wymagane przez konsumpcję.

Mając wyraźnie na myśli ten cel i pamię­tając, że mamy zestawić Amerykę – produ­centa z Ame­ryką – konsumentem, spójrzmy na nasz dzisiejszy system ekonomiczny[1].

Podstawowe fakty, dotyczące naszych obec­nych trudności są boleśnie znane wszystkim z nas z osobistego doświadczenia. Mogą one być ujęte w cztery główne grupy: bieda, długi, opodat­kowanie i depresja. Trudno powiedzieć, która z nich jest największym przekleństwem cywilizacji XX wieku. Ale znaczącym jest, że wszystkie cztery jednocześnie miały miejsce w wieku naj­większych zdobyczy nauki i opanowania przy­rody, jakich człowiek kiedykolwiek dokonał.

Paradoks obfitości

Dzięki nauce w końcu osiągnęliśmy długo oczekiwany wiek obfitości. Wynalazki i postęp technologiczny zwiększyły, niemal niewyobrażal­nie, naszą zdolność produkcji rzeczywistego bo­gactwa w Stanach Zjednoczonych, a mimo to nie potrafimy rozprowadzić produktów konsumpcyj­nych, które właśnie teraz produkujemy. Co naj­mniej połowa tej ogromnej zdolności produkcyjnej leży bezczynnie.

Producenci pragną sprzedać. Ich sprzedawcy oferują towary dystrybutorom, którzy nie mają odwagi ich kupować, ponieważ nie mogą ich sprzedać konsumentom. Kupujący gorąco pragną kupować. Wielu z nich jest głodnych, przeziębio­nych i bezdomnych. Nie mogą oni jeść, ubrać się czy znaleźć schronienia, dlatego że nie mają pie­niędzy, żeby zapłacić za to, co producent chce im sprzedać.

Jest to znany paradoks „ubóstwa pośród ob­fitości”, o którym wszyscy słyszeliśmy – poniża­jący stan cierpienia i nędzy w najbogatszym kraju na ziemi. Ksiądz C. E. Riley, dziekan Niagary, określił ten paradoks jako „przeklęte bluźnier­stwo”. Są to niezwykłe słowa w ustach duchow­nego. Ale jeszcze dziwniejsze wydaje się to, że wszystkie te cierpienia są wynikiem nadmiaru dóbr i nadmiaru bogactwa samego w sobie.

Dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa Sta­nów Zjednoczonych nie potrafi zdobyć wystar­czających środków, żeby móc żyć w przyzwoitym bezpieczeństwie. Gorzej jeszcze, blisko jedna czwarta całego społeczeństwa żyje zaledwie na poziomie egzystencji, z ilością wyżywienia wy­starczającą tylko do utrzymania się przy życiu, z dachem nad głową i ubraniem, które pozwala tylko okryć swoje ciała.

 

(cdn)

 


[1] Autor pragnie wyrazić dług wdzięczności A. R. Orage’owi za obraz okna wystawowego i pozostały materiał zawarty w programie radiowym Orage’a na temat Kredytu Społecznego, nadany w Londynie w listopadzie 1934 r.

O autorze

Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com