Dwóch ich było. Nazywali się… Zresztą po co nazwiska? Starczą numery, jakie mieli napisane nad łóżkami. Na czarnej tablicy migoczą kredą wypisane cyfry: 43 i 14. Oni sami może zapomnieli nazwisk, jakie nosili tam gdzieś w Ojczyźnie dalekiej. Przeszli takie straszne koło nieszczęść, zawodów, widzieli rozsypujący się w gruzy cały  gmach nadziei. Przeżyli wszystko. Pół kraju spłonęło, tysiące takich jak oni legło w ciszy śmierci. Oni pozostali. Po co? Alboż mogli wiedzieć. Wiedzieli tylko to, że znaleźli się pod obcym, niegościnnym niebem na twardym barłogu szpitalnym, z resztkami życia. Wiedzieli, że życie jest ciężkim, stokroć cięższym na tułaczce. 

Zapomnieli nazwisk, jakby pragnęli zapomnieć, że żyją.

Cierpienia ich poprzyjaźniły – wspólne nieszczęścia zbratały.

Mówili sobie po imieniu: Boleś! Stefan! – brzmiało często wymawiane pomiędzy łóżkami. 

Kilka miesięcy szpitalnego życia zbliżyło ich jeszcze więcej do siebie. Tym więcej, że Stefan jako silniejszy prędzej przychodził do zdrowia, mógł się już podnosić z łóżka, a nawet był już w stanie przejść o kiju do okna. Bolesław przeciwnie, nic się nie poprawiał. Żółty był jak wosk, twarz jego stawała się z dniem każdym chudsza, przeźroczystsza, coraz więcej sił mu ubywało. Lekarze nie robili nadziei. 

Był bezsilny i milczący, a gdy mówił o ojczyźnie, o powrocie do rodziny, uśmiechał się, lecz uśmiech ten był raczej oznaką rezygnacji smutnej niż nadziei. 

Leżał nieruchomy, niebieskie, zagasłe, o martwym wyrazie oczy utkwił w okno, wychudłą rękę podłożył pod głowę i patrzył. 

Już mrok się robił, wieczór grudniowy szybko zapadał. Gwar jakiś, podobny do szmeru fali w oddaleniu płynącej, uderzał o szyby, czasem przedzierał się przez okno głośniejszym dźwiękiem, lecz jakby przytłumiony martwotą panującą w sali – milknął, rozpływał się. A tam – w głębi, ponad skupionymi dachami domów, jeszcze się krwawiły ostatnie błyski zachodzącego słońca, błyski czerwone jak ogień przedzierały się przez mgłę szyb zapoconych i w długich płatach padały na posadzkę i bladły, rozpływały się zwolna w cieniach, gasły pod posępnością zmroku. 

Chory leżał milczący, lecz rysy jego ożywiły się niezwykle – usta mu drgały boleśnie, twarz całą napiętnował ból jakiś, bo po policzkach spływały łzy. Któż wie, jak gorzkie są łzy niedoli, opuszczenia? Łzy czasów, ludzi, wspomnień drogich a bolesnych, tego wszystkiego, co przeszło bezpowrotnie – któż nie wie? Wszak to dziś Wigilia Bożego Narodzenia!… Myślał o tym święcie, przypominał sobie, ojczyznę, rodzinę, wigilię spędzoną w domu. 

Przypomniał sobie pasterkę o północy w kościele ubranym świerkami i rzęsiście oświetlonym, dom, ojca, matkę, rodzinę całą, wszystkich, którzy przy stole zasłanym wigilijnymi potrawami zgromadzili się podzielić opłatkiem i życzeniami. 

Widział ten stół nakryty białym obrusem, zapach siana rozchodził się po komnacie. Wielka choinka w rogu, obwieszona mnóstwem łakoci, króluje w aureoli pozapalanych świeczek. Siostry jego, małe, jasnowłose aniołki – przypatrują się obrazowi z powagą, na dnie której była ciekawość i rozrzewnienie. 

Służba sztywna uroczystością chwili, poubierana świątecznie, z poczciwością w szorstkich twarzach, stoi przy oknach, wypatrując pierwszej gwiazdy.

Cisza!… Niebo pogodne, lazur ciemny oblał widnokrąg jak okiem zasięgnąć. Ziemia otulona śniegiem roztacza się jak w panoramie. Z okien chat wieśniaczych biją łuny, migają twarze, czasem żuraw gdzie przy studni zaskrzypi, zachrupocze śnieg pod nogami – i znowu cisza. Oczy się podnoszą ku górze, ku niezgłębionym przestrzeniom – z upragnieniem a miłością. 

Cisza na niebie, cisza na ziemi – spokój w sercach. 

Naraz okrzyk z wszystkich piersi się zrywa – Jest! Jest!

Małe bliźniacze cheruby podbiegają ku oknu i szczebioczą – Gwiazdka. O! jedna! druga!

Hosanna in excelsis! Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli. I starzec bierze święty chleb i łamie się z bracią – postacie się chylą, ramiona obejmują w uścisku, usta szepczą dziękczynienia, a łzą rozrzewnienia przymglone oczy świecą rozradowaniem dusz wierzących, pobratanych. 

Tak on widzi to wszystko, słyszy, czuje. Widzi jak ojciec, jak matka, jak domownicy obsiadłszy długi stół, spoglądają na jedno miejsce niezajęte, próżne. To jego miejsce. Och, nie zajmie on go, nie zajmie! – I taki kurcz bólu ściska mu serce, że odchodzi od przytomności. Nie zobaczy kraju, swoich, nie przełamie się opłatkiem, nie przyciśnie do piersi tych serc kochających a wiernych. Nie! – o nie – nigdy. Przymyka oczy i zdaje mu się, że już zapada w nieskończoność. Po chwili zwraca się do milczącego towarzysza niedoli, zmartwionego może w takim samym rozpamiętywaniu. 

– Och, Stefku mój drogi! jakąż wigilię mieć będziemy tego roku? Żeby móc kupić cokolwiek, co by nam uprzytomniło ten wieczór spędzony tam – z nimi. Jakbym ja pragnął jeszcze przed śmiercią widzieć choinkę! Już nie taką, jakie tam mają, ale żeby choć zapachniała lasami naszymi. Pamiętasz, Stefku, lasy? – pamiętasz? 

– Pamiętam, o, za dobrze pamiętam – szeptał zdławionym łzami głosem Stefan.

Chory mówiąc o lasach miał wzrok rozpłomieniony – uniósł głowę trochę wyżej, oddychał szeroko, jakby wciągał w siebie balsamiczne zapachy lasów. 

Ale co tu poradzić? Kiedy obaj nie mają już pieniędzy. Wszystko, co mieli, już wydali dawno!

Stefan wprawdzie ma pierścionek złoty z niebieskim kamyczkiem, pierścionek ocalony nieraz kosztem głodu, a którego wartość mizerna. To skarb, który ma im wystarczyć na czas jakiś po wyjściu ze szpitala. Te pieniądze jak święte – nie sposób ich ruszyć. 

Ale cóż, ten biedny Bolek taki chory, kto wie, może się nie wyleczy? Czyżby nie lepiej sprzedać pierścionek teraz i wyprawić ucztę wigilijną? – Te myśli cały dzień zajmowały umysł Stefana. Wahał się, lecz widok cierpień towarzysza i jego pragnienia, które przeczuwał, zadecydowały.

Gdy ujrzał posługacza, przywołał go niezwłocznie, a potem długo szeptał, wyliczając mu i rachując. Wreszcie zdjęty z palca pierścionek wcisnął mu w rękę.

Od tej chwili Stefan zachował jakąś dziwną, tajemniczą minę. Nawet w bolesnym przypomnieniu lasów, na twarz mu wystąpił jakiś promień czułości, gdy spoglądał spod oka na Bolka. Gdy wieczór zapadł, podnosił się co chwila z łóżka, szedł do okna i wypatrywał, dokąd nie zobaczył we mgle wieczoru oczekiwanego, jak  zadyszany pędził ku szpitalnej bramie. 

*   *   *

To pierwsze drgnięcie gwiazd, wyłaniających się mistycznie z ciemnych fal eteru, ta chwila uroczysta, witana hejnałem modlitw, westchnieniami tylu rozradowanych, była przygnębiająca dla mieszkańców szpitala. Sale chorych ciche i ponure rozświecały słabo lampy, zawieszone u sufitu. Wielkie, długie cienie łamały się na łóżkach, na ścianach nagich, migotały jak widma bez form, bez fizjognomii, niby gorączkowe oddechy chorych. Na poprzecznej ścianie sali obraz jakiegoś świętego ascety, oświecony oliwną lampką, tym mdłym, żółtawym światłem, chwiejącym się za najlżejszą wibracją powietrza, patrzał na długi szereg powalonych niemocą. Nie było w tym wzroku litości, pocieszenia – nie. Patrzyły te oczy nieruchomo, martwo, nieubłaganie, jak konieczność; prześlizgiwały się poprzez tę całą nędzę ludzką i szły dalej, poprzez mury – hen!…

Chwilami szkielety ludzkie odzywały się głośno, wydawały jakieś jęki, chrapliwe przekleństwo wyrwało się z tych piersi uciśnionych bólem, czasem płacz, czasem łkanie z rozdzierającą ekspresją rozlegały się w ciszy i zapadały. Czasami tylko kiedy niekiedy ostry świszczący oddech było słychać lub kaszel gwałtowny, urywany, przejmujący i znowu uciszało się na chwilę. 

Nieregularne oddechy, gorączkowe rzucanie się chorych, jęki rozpaczliwe, zgrzyt zębów ustawały, rozpływały się w cieniach, w opuszczeniu, w smutku, jaki zdawał się wyzierać z każdego kąta sali.

Czasami znowu rozlegał się szept modlitwy, podobny do złorzeczenia i głuchy odgłos bicia się w piersi błagających miłosierdzia i zmiłowania… Pomiłuj! – szeptały usta wykrzywione bólem. – Pomiłuj! A równocześnie z ulicy dopływały do nich szmery wesołości, echo śpiewów, odgłosy rozmów, bieganina, dźwięki jakieś ochocze, zdrowe. 

Czuć było tam w powietrzu gorliwość ducha, tajemnicę religijną i drgania życia krążącego wszędzie. 

Stefan postawił, a raczej przysunął po cichu małą szafkę bliżej i okrywszy jakąś białą szmatą, umieścił na niej butelkę z winem, kawał jakiegoś ciasta, kilka ryb smażonych zimnych, a w maleńkiej podstawce w środku dziecinną choinkę. Zapalił świecę obsadzoną w obtłuczony syfon i spytał: 

– Boleś, czy śpisz?

Chory otworzył oczy podsiniałe. Przy niepewnym świetle świecy i blasku śniegu na dachach, ta wigilia zaimprowizowana zdawała mu się sennym widziadłem. Długo nie mógł w rzeczywistość uwierzyć. 

– Hej! ocknij się – Wigilia! Czyż pozwolimy, aby dwaj Polacy przepędzili ją bez przełamywania się choć takim chlebem?

To mówiąc, Stefan uniósł chorego na pościeli i posadził z rozrzewniającą troskliwością. Potem napełnił kieliszki, nakrajał chleba i ryby i – poczęli się łamać. Długo, długo trzymali się w braterskim uścisku, łzy rozczulenia tamowały im mowę. 

Później snuli cudną a bolesną przędzę wspomnień, przerywaną tylko wykrzyknikami: Pamiętasz! – pamiętasz!

Powoli i Bolek ożywił się, rozpogodził, rozgadał nawet, rumieniec jak plama wystąpił mu na policzki, gdy z serdeczną naiwnością dziecięcą prosił Stefana o zaśpiewanie kolędy.

– Dobrze, a którą chcesz?

– Śpiewaj, którą lepiej pamiętasz.

– Zaraz. – I półgłosem przerywanym kiedy niekiedy dla zaczerpnięcia powietrza śpiewał:

„W żłobie leży, któż pobieżny

Kolędować Małemu…"

Bolek drgnął na pierwszy ton melodii, uniósł się, prawie że usiadł, nie opierając się na poduszkach. Twarz mu gorzała, usta drżały nerwowo, rozpłomienione oczy utkwił w śpiewającym. Pił śpiew wszystkimi porami. Pierś podnosiła mu się gwałtownie, rozpierana wzruszeniem, był bliski omdlenia z nadmiaru radości jakiejś.

Co to? – Nie słyszy Stefana, a chór jakiś śpiewających. 

Co to? – Kościół wiejski, tłum wieśniaczy, glos organów poważnie wznosi się pod sklepienia; on sam widzi się w gronie swoich. Na stopniach ołtarza stoi ksiądz i intonuje głosem drżącym ze starości:

„W żłobie leży…"

A tłum cały różnobarwny, kołyszący się zbitą falą głów – podchwytuje melodię i śpiewa dalej z uniesieniem nieuczonymi głosami prostaków: „Któż pobieży". I pieśń płynie szeroka, majestatyczna, przepojona uczuciem. Głębokie tchnienie wiary śle ją aż do stóp Nieznanego. Sam zaczyna śpiewać głosem cichym; zdaje mu się, że powtarza za tłumem: „Kolędować Małemu". Dreszcz jakiś ekstatyczny przebiegł po nim, w piersiach go okrutnie zabolało. 

– „Jezusowi…". Twarz zalewały mu łzy, brakowało oddechu. 

– „Chrystusowi". Wzrok rozpalony utkwił w ołtarzu, wszystko zdawało mu się dziwnie poruszać. Widział jakby gipsowi święci zstępowali z piedestałów i szli ku niemu z uśmiechem.

– „Dziś dla nas zesłanemu" – wyszeptał prawie już niedosłyszalnie i gdy Stefan powtarzał ten sam wiersz, poruszył ustami bez dźwięku, wyprężył się i upadł na poduszkę. 

Stefan, myśląc że usnął, zawołał na niego, potem wziął za rękę i potrząsnął nią. Lecz chory nie podniósł nań oczów, nie odpowiedział. Choinka, którą trzymał, wypadła mu z dłoni i ułożyła się w poprzek pościeli, niby zielona palma, jaką kładą na południu u wezgłowia umarłych. Twarz odrzynała się ostro od białej poduszki, rysy wypogodzone, odmłodniałe, nabierały jakiejś kamiennej sztywności, po policzkach toczyły się jeszcze łzy – łzy ostatnie. 

Stefan dotknął się jego rąk, były bezwładne, chłodły. Nachylił się ku sercu – nie biło!

Majestat śmierci kładł pieczęć na swoim łupie. Stefan zrozumiał. – Został sam przy niedokończonej uczcie – sam, wobec nadmiaru tyranii życia, wobec nowych cierpień, nowych łez. – Sam! Zatrząsł się cały, chciał krzyknąć, wybuchnąć rozpaczliwym okrzykiem skargi. Głos mu uwiązł w gardle, ręce opadły martwo. Pochylił się jak pod strasznym uderzeniem, spojrzał błędnie – oczy umarłego były otwarte szeroko, jak otchłanie bez dna patrzyły nieruchomą, szklistą źrenicą na niego, jakby prosząc o zamknięcie. – Wstał i pochylił się nad trupem, przymknął mu powieki i z jękiem upadł na swoje łóżko. 

Czuł łzy w mózgu, obłęd czy wielka boleść ogarniała go.

Zapadał w jakiś wir nieświadomości i odurzony, pijany bólem zaczął śpiewać przerwaną kolędę:

„W żłobie leży, któż pobieżny

Kolędować Małemu…"

W ciszy szpitalnej okropnym echem rozległy się kolęda i płacz jakim po pierwszym wierszu wybuchnął osierocony. 

„Jezusowi Chrystusowi…"

Akcentacja stawała się straszna, przerażająca, ochrypnięty głos brzmiał jak wycie, jak huragan przekleństw. 

Cienie drżały, rozkołysane rozbrzmiewającym głosem. Chorzy podnosili ze swoich barłogów zdumione twarze. 

A spoza mdłego światła oliwnej lampki patrzały oczy zimne nieruchome, nieubłagane jak konieczność, prześlizgiwały się poprzez tę całą nędzę ludzką i patrzały dalej – w nieskończoność – hen!