Wywiad z Henri-Louis Blais, Pielgrzymem św. Michała od 1947 r.

Pamięci 

Henri-Louis Blaisa

Henri-Louis Blais z Hartford w stanie Connecticut, dawniej z Lac Megantic w Quebecu, zmarł 28 kwietnia 2025 roku w wieku 103 lat. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci. Niech jego dusza, przez miłosierdzie Boże, odpoczywa w pokoju. Amen.

Pan Blais był prawdziwie wzorowym apostołem MICHAELA. Pochodzący z okolic Beauce w Quebecu, zaprenumerował Vers Demain (francuskojęzyczną wersję MICHAELA) w 1943 roku, a cztery lata później zaczął odwiedzać rodziny w poszukiwaniu prenumeratorów czasopisma, co kontynuował przez 63 lata. Następnie przeprowadził się do Lac Megantic, gdzie ożenił się w 1953 roku. Po wychowaniu siedmiorga dzieci, rodzina przeniosła się w 1966 roku do Stanów Zjednoczonych, gdzie urodziło się dwoje kolejnych dzieci. Pracował w budownictwie aż do emerytury, ale przez te wszystkie lata nigdy nie zaprzestał apostolstwa na rzecz MICHAELA.

Oprócz odwiedzania rodzin w okolicach Hartford, Henri-Louis podróżował po Maine z naszym pełnoetatowym Pielgrzymem Melvinem Sicklerem, a nasi prenumeratorzy bardzo go cenili. Nawet po przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych, pan Blais odwiedzał swoich przyjaciół i współpielgrzymów św. Michała z Rougemont w Kanadzie kilka razy w roku, szczególnie podczas naszych dorocznych kongresów, których nigdy nie opuścił, aż do momentu, gdy w wieku 96 lat stracił prawo jazdy. Słuchanie jego przemówień w każdy poniedziałek kongresu było prawdziwą radością dla wszystkich pielgrzymów; był on porywającym mówcą. Dziękujemy za wszystko, panie Henri. Modlimy się o wielką nagrodę w niebie.

Janusz A. Lewicki: Kiedy zetknął się Pan po raz pierwszy z pismem MICHAEL? 

Henri-Louis Blais: Zacząłem otrzymywać czasopismo Vers Demain [wtedy ukazywała się tylko wersja francuska naszego pisma – przyp. red.] w 1943 r. Płaciliśmy wtedy za roczną prenumeratę jednego dolara. Był to dwutygodnik. Pracowałem wtedy jako drwal w lesie. Był tam człowiek z Joly z powiatu Lobtiniere. Nazywał się Gornier. 

JAL: Joly jest w Kanadzie?

HLB:  Tak, to jest na północ od Quebec City.

JAL: Czy Pan urodził się w Kanadzie? [Pan Henri Blais od kilkudziesięciu lat mieszka w USA]

HLB: O tak. Urodziłem się w Saint Martin Beauce w prowincji Quebec. [urodził się 92 lata temu] 

JAL: Wróćmy do Vers Demain. 

HLB: Czytałem wtedy dwa czasopisma w języku francuskim: La Revue Populaire i La Revue Moderne. Czytałem też magazyn Roman D'Amour. Były tam historie miłosne, które zostały zmyślone. To znaczy, szukałem czegoś, co różniło się kompletnie od siebie. Tym byłem wtedy zainteresowany. 

JAL: Czy to był rodzaj fikcji literackiej? 

HLB: Roman D'Amour, to były historie inspirowane miłością. Pan Gornier mieszkał ze mną w tym samym pokoju. Spałem nad nim na piętrowym łóżku. Pewnego razu zapytał mnie: 

– Henri, dlaczego nie weźmiesz czegoś dobrego do czytania? To, co czytasz, to nic dobrego. 

Odpowiedziałem mu:

– Hej, mogę czytać, co chcę. 

– Chciałbym, żebyś zaprenumerował bardzo dobre czasopismo i wiem, że z niego czegoś się nauczysz – odparł. 

– O'key. 

Dałem mu dolara. Tyle kosztowała prenumerata na cały rok. Ale mieszkałem w obozowisku w lesie, gdzie pracowało się przy wycince drzew tylko przez dwa lub trzy miesiące. I tam otrzymywałem moją gazetę. Tymczasem moje nazwisko znalazło się na liście prenumeratorów w redakcji. 

Potem przyszedł do mojego domu człowiek z Saint-Côme de Beauce, Lorand Jeneusse. Przyszedł i powiedział, że ma moje nazwisko. 

– Przyszedłem do Pana, żeby odnowił Pan swoją prenumeratę. 

JAL: Kim był Lorand Jeneusse?

HLB: Był lokalnym Pielgrzymem św. Michała, tak jak ja nim dzisiaj jestem. On był wyżej ode mnie, bo był bliższym współpracownikiem Louisa Evena i pani Mercier. 

JAL: To znaczy, że redakcja już wtedy miała swoją siedzibę.

HLB: Tak, mieściła się na ulicy Chabot w Montrealu. Lorand Jeneusse zapytał mnie, czy nie mógłbym zorganizować spotkania z nim w moim domu. Zgodziłem się. Poszedłem do sąsiadów i zaprosiłem ich do siebie. Powiedziałem, że przyjedzie do mnie człowiek, który będzie miał prelekcję na temat Kredytu Społecznego i że nazywa się Lorand Jeneusse. 

JAL: Kiedy to było?

HLB: Rok po tym, jak zaprenumerowałem czasopismo, w 1944 r. Sąsiedzi przyszli, a Lorand Jeneusse wziął szklankę, nalał do połowy wody i powiedział, że pieniądze powinny równoważyć to, co zostało wyprodukowane. Jeśli woda w szklance symbolizuje produkcję, to powinniśmy mieć tyle pieniędzy, żeby tę produkcję kupić. Wyjaśnił to bardzo prosto. Po spotkaniu dwie osoby zaprenumerowały „Vers Demain". Nie był to sukces, ale to było lepsze niż nic. 

W tym czasie odbywały się wybory. Znaleźli się ludzie, którzy chcieli wystawić kandydata z ruchu Kredytu Społecznego. Było to w 1944 r. Lorand Jeneusse miał innego człowieka, który mieszkał w Abitibi. Przyjechał do Beauce, gdzie mieszkałem i zgłosił swoją kandydaturę do parlamentu prowincji Quebec. Mieliśmy trzynaście osób, które kandydowały na to miejsce. Modliłem się każdego wieczora. Mówiłem: – Boże, chcę mieć Kredyt Społeczny. Chcę, żebyś wybrał tego człowieka i modlę się, żeby tak się stało. Wtedy nie wiedziałem tego, co wiem dziś, ale na to trzeba było czasu. To był początek. 

JAL: To znaczy, że był Pan przekonany w tym czasie do Kredytu Społecznego? 

HLB: O tak, wiedziałem, że Kredyt Społeczny jest dobrym rozwiązaniem. Co się stało? Nikt spośród kandydatów Kredytu Społecznego nie został wybrany. Byłem wściekły, ponieważ ludzie nie rozumieli Kredytu Społecznego, a ja byłem gotów wytłumaczyć im to, wstrząsając ich głowami. To był sposób. Powiedziałem to raz panu Evenowi: 

– Czasem czuję, że powinienem uderzyć ludzi, żeby coś zrozumieli. 

On odpowiedział: 

– Panie Blais, to nie jest dobry sposób nauczania Kredytu Społecznego. 

JAL: Jak i kiedy Pan poznał Louisa Evena?

HLB: Poznałem go w 1947 r. na spotkaniu w parafii Gifford, Quebec, gdzie przyjechał z panią Mercier. Oboje tam przemawiali. Miałem szwagra, który mieszkał w Gifford. Obaj poszliśmy na to spotkanie. Po tym, jak słuchaliśmy Louisa Evena, mój szwagier opowiedział się przeciwko niemu. Potem po jakimś czasie zmienił zdanie. Ja byłem od początku po stronie pana Evena. Szwagier powiedział mi: 

– Henri, nigdy nie uda ci się wybrać waszego człowieka do parlamentu, a pan Even nigdy nie będzie jego członkiem, ponieważ święci nie idą do parlamentu. 

Wierzyłem mu, bo nigdy nie słyszałem, żeby mówił o kimś dobrze. Zawsze walczył z kimś i dlatego nie wypowiadał się o ludziach pozytywnie. Ale, kiedy spotkał Louisa Evena powiedział, że to jest święty człowiek. Pomyślałem sobie, że jeśli on to mówi, to musi to być prawda. 

JAL: Czy Pan uważa, że Louis Even miał charyzmę człowieka świętego?

HLB: Powiem Panu, dzisiaj oglądałem taśmę z jego wykładem na temat Mszy Świętej. Nie ma biskupa, nie ma kardynała, który potrafiłby wyjaśnić Mszę lepiej, niż Louis Even. Siedziałem, słuchałem tego nagrania i łzy same płynęły mi z oczu. Ten człowiek wyjaśniał wszystko i nie miał on żadnego kawałka papieru w ręku. Miał najlepszą pamięć na całym świecie. Nigdy nie słyszałem czegoś tak dobrego, jak to, co mówił Louis Even. 

JAL: To znaczy, że był on kimś nadzwyczajnym.

HLB: Tak, był to nadzwyczajny człowiek. Wszystko w tym człowieku było święte. Na spotkaniach ludzie, którzy słuchali Louisa Evena, nie chcieli potem słuchać pani Côté [współzałożycielka Vers Demain], kiedy oni występowali razem. Ludzie go znali w prowincji Quebec. Był on popularny, ale miał też przeciwników. Oskarżali go, że zawsze pojawia się publicznie z panią Côté, że ona jest jego kochanką, ale to była oczywiście nieprawda. 

JAL: Co było po spotkaniu, na które poszedł Pan ze swoim szwagrem?

HLB: Po takich spotkaniach puszczaliśmy kapelusz, żeby zebrać pieniądze. Ja włożyłem dziesięć dolarów, mój szwagier włożył dziesięć dolarów, chociaż był przeciwko. Potem zmienił zdanie. To było wtedy dużo pieniędzy. Prawie tak jak dziś sto dolarów. Potem zacząłem zbierać prenumeraty od ludzi z mojego sąsiedztwa.  

JAL: Po tym spotkaniu?

HLB: Tak, prenumeraty zacząłem zbierać w 1947 r. po tym spotkaniu. Najpierw było ich niewiele, ale z czasem całkiem sporo. Zacząłem to robić w soboty. Wieczorem docierałem do kościoła, który znajdował się 20 mil od mojego domu. Nie było to wtedy dla mnie problemem, bo miałem samochód. Zostawałem na noc na plebanii, chociaż mogłem wracać do domu. 

 JAL: Miał Pan wtedy samochód? [Pan Blais do dziś prowadzi swój kolejny samochód]

HLB: Miałem samochód, ale nie byłem jeszcze żonaty. A więc było łatwo. Mogłem robić, co chciałem. W sobotę rano wychodziłem, żeby zdobyć subskrypcje. Szedłem od drzwi do drzwi. Spałem w domu u kogoś, kto zaprenumerował czasopismo. Następnego dnia rano zaczynałem roznosić bezpłatne wydruki gazety.

JAL: Czy już wtedy były drukowane bezpłatne skrócone wydania Vers Demain?

HLB: O tak. W dużych ilościach. 

JAL: Skąd pochodziły środki na druk tych tzw. ulotek?

HLB: Z dotacji. Każdej soboty zacząłem chodzić od drzwi do drzwi i zbierać prenumeraty. Spałem w jakimś domu po drodze. A następnego dnia w niedzielę rano szedłem od ganku do ganku. Były wtedy dwie Msze, jedna o siódmej rano, druga o dziewiątej lub o dziesiątej. W niedzielę rozprowadzałem bezpłatne wydruki gazety. Ale zanim zostawiłem je na ganku, krzyczałem do ludzi, że będę dzisiejszego popołudnia chodził od drzwi do drzwi i że mogą mnie zaprosić do środka. Wiedziałem, że wszędzie jest chleb i są pieniądze. Nie mówiłem nic innego. To było właśnie tak proste. Ludzie przyjmowali mnie bardzo dobrze. Niektórzy zamykali mi drzwi przed nosem, ale tym się nie przejmowałem. Dzisiaj też się tym nie przejmuję. [Henri Blais do dziś zbiera prenumeraty, chodząc od drzwi do drzwi w soboty.]

Robiłem to od 1947 do 1952 roku. W 1952 r. nastąpiło załamanie, nie mieliśmy ludzi. W Montrealu zostało zorganizowane spotkanie i było nas tylko 36 osób. 

JAL: Dlaczego tak się stało?

HLB: Pan Even i pani Mercier powiedzieli: Kredyt Społeczny jest na waszych barkach. Jeśli chcecie, musicie chodzić i pracować ciężko, ponieważ mamy wybory. Ludzie, którzy byli po stronie Kredytu Społecznego siedzieli cicho, bo przez polityków straciliśmy prawie wszystkich, którzy byli w naszym ruchu. Kto został z Vers Demain? Bardzo niewielu ludzi. Ja byłem jednym z nich. Po spotkaniu w Montrealu wróciłem do domu i powiedziałem: Nie wiem. Może to wszystko upadnie. Ale nie. Każdy z nas był odpowiedzialny za zdobycie takiej ilości prenumerat, że zaczęło się to znowu rozwijać. Powiedziałem: jesteśmy na dobrej drodze. Będziemy mieli Kredyt Społeczny. 

Ale czasy były ciężkie, od 1952 do 1960 roku. Politycy chcieli, żebyśmy wzięli udział w wyborach w 1958 r. Réal Caouette z Abitibi mówił, żeby nie przejmować się Louisem Evenem i panią Mercier. My wprowadzimy Kredyt Społeczny, my dostaniemy się do Ottawy, do parlamentu i wszystko będzie w porządku. 

Po tym mieliśmy spotkanie w Quebec City. Na tym spotkaniu Réal Caouette przemawiał po Louisie Evenie. Wtedy powiedział, że się rozdzielamy. Pan Even i pani Mercier stwierdzili, że jeśli chce on iść osobno, to niech idzie. My nie będziemy brali udziału w wyborach, ponieważ Kredyt Społeczny nigdy nie zostanie wprowadzony w wyniku wyborów. Twórca Kredytu Społecznego, Clifford Hugh Douglas, mówił, że najgorszą rzeczą, jaka się może zdarzyć, jest założenie partii Kredytu Społecznego. Pan Even był tego samego zdania, co Douglas. Więc się rozdzieliliśmy. 

Zostało nas bardzo niewielu, ale utrzymywaliśmy nasze biuro w Montrealu do chwili, gdy została zakupiona ziemia w Rougemont i wybudowany na niej w 1962 r. Dom św. Michała.

JAL: Zanim zakupiona została ziemia w Rougemont w 1962 roku siedziba redakcji Vers Demain mieściła się w Montrealu. Jak to wyglądało?

Henri-Louis Blais: Było to niewielkie biuro w budynku prywatnym, należącym do pani Rosario Côté, matki Gilberte Côté-Mercier. Poszedłem tam, ale nie mogłem nawet wejść do środka, do biura, bo było ono tak małe, za małe, żeby przyjmować ludzi z zewnątrz. Mieli oni całą listę prenumeratorów i miejsce, gdzie mogli ją drukować. Było tam przyjemnie, ale ciasno.

Była tam mała maszyna drukarska, którą otrzymali ze Stanów Zjednoczonych. Można było na niej drukować jedną kopię na raz. 

JAL: Ilu było prenumeratorów w tym czasie?

Może Pan być zdziwiony. W 1948 r. mieliśmy 116 tysięcy prenumeratorów. Większość z nich pochodziła z Quebeku, ponieważ nie jeździliśmy jeszcze wtedy tak często do Stanów Zjednoczonych, jak to jest dzisiaj. Ale liczba ich malała coraz bardziej z miesiąca na miesiąc. W pewnej chwili doszła do pięćdziesięciu tysięcy. Co się wtedy stało? Zaczęliśmy drukować angielskie wydanie pt. MICHAEL Journal. 

JAL: Dziękuję Panu bardzo za rozmowę i te wspomnienia, i życzę Panu dużo sił i tego, żeby dożył Pan co najmniej do tych 105 lat. Niech Pana błogosławi Pan Jezus i Matka Boża. 

Wywiad przeprowadził red. Janusz A. Lewicki

Płci nie można 

zmienić